Geografia absurdu. Piknik w cieniu wielkiego pieca

Wizualizacja modernistycznego godła kamienicy Tańczące Dzieci (Zwierzyniec) w kolorach granatu i złota. Ilustracja symboliczna do eseju o pętli tramwajowej Walcownia w Nowej Hucie, stanowiąca metaforę sielanki w przestrzeni industrialnej.

Gdybym miał wskazać moment, w którym ostatecznie pękła moja definicja miejskiego performansu, wskazałbym ten jeden, konkretny kadr: sielankowy koc rozłożony precyzyjnie między rdzewiejącymi szynami, w samym sercu industrialnego piekła. Jeśli kiedykolwiek odważę się na własną „humanistykę somatyczną” w mieście, jej źródło będzie biło między innymi tam. Zanim jednak nastąpiło to, co będziemy wspominać przez lata, musieliśmy przebyć długą drogę przez tkankę miasta, które nieustannie przepisuje i nadpisuje samo siebie.

Audyt rowerowy

To był dla nas naprawdę intensywny dzień.

Przejechaliśmy wzdłuż niemal całe miasto, żeby szukać śladów przeszłości i obietnic przyszłości, to znaczy zinwentaryzować istniejące do dzisiaj w strukturze miasta, pozbawione pierwotnego kontekstu, relikty kocmyrzówki. Temat na osobny tekst, który wkrótce zostanie wydobyty z archiwum, ale ta mozolna praca w terenie była niezbędnym preludium do tego, co miało nadejść. 

Nasze poszukiwania zapędziły nas daleko na wschód miasta. Skorzystaliśmy z okazji, by z perspektywy siodełka przeanalizować postępy prac przy gigantycznych inwestycjach: węźle mistrzejowickim i nowym odcinku S7. Trudno było mi rozpoznać to miejsce – krajobraz, który utkwił mi w pamięci sprzed budowy, został brutalnie nadpisany przez nową infrastrukturę. Przy okazji miał tu miejsce pewien zabawny incydent, o czym wspomnę przy innej okazji.

Z pętli Wzgórza Krzesławickie, której remont również miał się wkrótce zacząć albo już wtedy trwał, pojechaliśmy na stację kolejową Kraków Lubocza, gdzie dywagowaliśmy o jej przyszłej roli w systemie kolei aglomeracyjnej. Na razie jednak panowała tu absolutna pustka.

Dopiero stamtąd, nasyceni widokiem miasta w budowie, postanowiliśmy udać się na pętlę tramwajową Walcownia. Adamowi zależało na konfrontacji z tym miejscem z uwagi na jego nietypowość na planie Krakowa.

W mieście, w którym panuje ciągły niedobór infrastruktury tramwajowej, średnio kilka razy w roku lokalna prasa karmi nas wizualizacjami linii będących w planach od kilkudziesięciu lat, mamy odcinek torów z paroma przystankami, po którym nic nie jeździ, i pętlę wyłączoną z użytku. Gdy inne dzielnice modlą się o możliwość jazdy „na przedniej platformie tramwaju”, tutaj torowisko zostało dosłownie porzucone i pozostawione same sobie. Dość paradoksalna sytuacja. Postanowiliśmy osobiście skonfrontować się z tym fenomenem.

Cmentarzysko torów

Przecisnąwszy się rowerami przez korki na Blokowej i Łowińskiego, spowodowane budową węzła, po czym znaleźliśmy się na Mrozowa (czy jak niektórzy chcą: Mrozowej).

To jedna z najdziwniejszych ulic w mieście, jakie widziałem. Pośród industrialnego piekła wpadamy na aleję obrośniętą rozłożystym starodrzewiem, z jednej strony flankowaną rozpadającymi się torami tramwajowymi z wiatami przystankowymi i słupami trakcyjnymi, z drugiej rurociągami i absurdalnie dużą, ciągnącą się w nieskończoność halą.

Zagadkowa jest także jej etymologia, o której rozbieżnie informacje można znaleźć w internecie: niektórzy kojarzą ją z bliżej nieznanym inżynierem kombinatu, jeszcze inni z mrozem. Faktycznie, w pobliżu znajduje się ulica Burzowa (parę kilometrów dalej, za kombinatem, również Deszczowa), co tworzyłoby ciekawy zaułek ulic o nazwach związanych ze zjawiskami pogodowymi, ale przecież, jak przytomnie podkreślają internauci, przymiotnik od mrozu to mroźny. Mamy zatem dziwacznie wyglądającą ulicę, która utraciła świadomość własnej tożsamości i własnego desygnatu – ciekawy kontrast dla ulic, które w swoich nazwach zachowały nieistniejący już desygnat (ul. Pod Forem i nieistniejący niestety fort reditowy 9 Krowodrza – odkrycie, o którym z Adamem już nieraz mieliśmy okazję mówić na konferencjach).

Jazda ulicą Mrozowa to jak przekroczenie granicy światów. Szpaler starych topól to architektoniczny żart socrealistycznych planistów. Ustawili je w karnym szeregu, jakby miały udawać aleję wjazdową do szlacheckiego dworu. Ale na końcu tej osi nie czeka żaden pałac, lecz rozpadająca się pętla. To dworski park dla suwnic i wielkich pieców, po którym nie jeżdżą karety, lecz tiry. Zresztą, widział ktokolwiek aleję prowadzącą do dworu, wysadzaną drzewami, której towarzyszyłoby torowisko tramwajowe?

Na końcu niedorzecznej alei czekała na nas nagroda – niedorzeczna pętla, cmentarzysko torów. Rozpadające się sygnalizatory, rdzewiejące słupy trakcyjne ze zwisającymi kablami. Adam przystępuje do dokumentacji, ja tymczasem chłonę ten przedziwny, zdegradowany, postapokaliptyczny krajobraz. Patrząc na rdzewiejące słupy i sygnalizatory, torowisko zachłannie zagarniane przez trawę i wszechobecne, przytłaczające zakłady przemysłowe, czuję się niemal jak na urbexie w Czarnobylu.

Kto by się spodziewał, że mamy przed sobą scenę, na której rozegra się zaraz pierwszorzędne widowisko, a my swoim przybyciem zakupiliśmy bilety w pierwszym rzędzie.

Błąd w Matrixie: piknik pod wielkim piecem

Stojąc przy samym wjeździe, spostrzegliśmy, jak dosłownie znikąd na pętle wmaszerowuje dwoje ludzi pchających dziecięcy wózek.  Zatrzymują się na środku trawiastego kółka opasanego martwymi szynami i jakby nigdy nic przystępują do piknikowania. Rozsiadają się na kocu, nie pamiętam, czy małe dziecko od początku maszerowało z nimi za rączkę, czy zaczęło biegać wokół koca z jedzeniem dopiero po wyjęciu z wózka, to nieistotne. Po jakimś czasie chyba zaczęli bawić się piłką, na co patrzyłem z pewnym rozrzewnieniem. Przyglądaliśmy się temu niecodziennemu zjawisku w milczeniu, nie wchodząc w żadne interakcje z niezapowiedzianymi przybyszami.

Wokół pohukiwały tiry, narzędzia i cała masa otaczającego nas żelastwa.

To nie był żaden artystyczny performans. Pośród przytłaczających zakładów przemysłowych toczyła się najzwyklejsza, sielankowa scena rodzinnego popołudnia.

Postanowiliśmy nie przerywać tego fenomenu i oddaliliśmy się na rowerach od tej niedorzecznej sceny równie niedorzeczną scenografią, jaką jest ulica Mrozowa. Podczas jazdy analizowaliśmy jeszcze stan torowiska i wiat przystankowych wzdłuż ulicy, by odjechać stamtąd już na dobre.  

Geografia absurdu

Pośród industrialnego piekła toczy się ta niewytłumaczalna dla mnie sielanka. Gdyby to był trawnik w środku Parku Jordana czy środek Błoń, nic by mnie nie dziwiło, ale ten zdegradowany, nietrakcyjny sztafaż absolutnie nie pasuje mi do popołudniowego pikniku.

Adam pokaże na swoich zajęciach, że wbrew pierwotnym założeniom badawczym, pętla jest nadal w użyciu, tylko na trochę innych zasadach, niż można by oczekiwać. Przyjechaliśmy tam badać cmentarzysko infrastruktury, a dostaliśmy lekcję o witalności miasta. Życie nie znosi próżni. Nawet w scenerii postapokaliptycznej niczym ze Stalkera, zwyczajność potrafi „zhakować” przestrzeń i nadać jej nowy, ludzki sens.

Mało brakowało, a Walcownia pozostałaby w moich notatkach jedynie jako klasyczny przykład nie-miejsca. Gdyby nie ten niepozorny epizod, nie miałbym w ogóle ochoty opisywać naszej wycieczki, nie byłoby w niej raczej nic nadzwyczajnego poza inwentaryzacją pewnej części miasta, która z naszego punktu widzenia była interesująca.

Do mojego słownika „piknik na pętli Walcownia” przejdzie jako określenie czegoś absolutnie niespodziewanego, absurdalnego, niedorzecznego, ale jednocześnie zmuszającego do refleksji. Jako przykład działania, które umyka prostym kategoryzacjom. Pojechaliśmy tam, żeby poczuć postapokaliptyczny krajobraz infrastruktury wyłączonej z użycia, a otrzymaliśmy obraz zwyczajnego życia tętniącego w najbardziej nieoczekiwanym miejscu. To oczywiście skłoniło nas wówczas do refleksji, co też przydarzy nam się kolejnym razem, w innym miejscu – nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Z perspektywy archiwum mogę jednak zdradzić, że przytrafiło nam się kilka tego typu zdarzeń, choć nie aż tak widowiskowych.  

Poza tym, kto jest większym dziwakiem: odpoczywająca rodzina czy dwójka rowerzystów, która zjechała całe miasto wzdłuż, chcąc zobaczyć stertę rdzewiejących torów, a przypadkiem zobaczyła tych pierwszych i nie może się nadziwić?

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło

Nota o ilustracji tytułowej:

„Tańczące dzieci w lesie” (godło kamienicy przy ul. Marcina Borelowskiego-Lelewela 5). Wizualizacja autorska (Maciej Wcisło). Zamieszczam ten modernistyczny symbol sielanki jako kontrapunkt dla industrialnej melancholii walcowni. To wizualny cytat z tradycji ilustrowania krakowskich legend godłami kamienic z książki Bronisława Heyduka – tutaj godło staje się komentarzem do niesamowitości pikniku w cieniu wielkiego pieca.

Otwarcie archiwum

Skan odręcznego rękopisu z widocznym przebijaniem tekstu (efekt ghosting). Ilustracja koncepcji avant-texte i materialności procesu twórczego w pracy badacza literatury.

Czego mnie nauczyły notatniki Wittlina?

Biurko ma swoją określoną wyporność i wytrzymałość. Moje osiągnęło wreszcie stan krytyczny. Przez lata, zamiast sterylnej przestrzeni do pracy, miałem przed oczami chaotyczny przekrój całej dekady. Notatki z wykładów sprzed kilku lat, ksera artykułów na dawno zaliczone zajęcia, odbitki zdjęć z wycieczek, bilety z nieistniejących już wystaw, cudze wizytówki, porywy młodzieńczego geniuszu i dowody sromotnych klęsk. Cały ten twórczy bałagan zaczął ciążyć. Biurko przestało być przestrzenią do bieżącej pracy, a stało się archiwum, pozostawiając mi tylko skrawek miejsca, jakkolwiek umożliwiający bieżącą pracę.

Dla kogoś z zewnątrz to bezwartościowy bałagan. Dla mnie, badacza rękopisów wychowanego na Biasim, Jaworskim i Antoniuku to klasyczne dossier genezy. Materia, z której dopiero ma szansę wyłonić się sens, który na razie zastygł w fazie potencjalności.

Od kilku lat zajmuję się naukowo procesem twórczym. Piszę doktorat, analizuję zapiski Józefa Wittlina, uczę się jego charakteru pisma, sposobu organizacji notatek, typów skreśleń, całego języka symboli, wewnętrznych odesłań, skrótów. Jako pierwszy próbuję kompleksowo podejść do zagadnienia jego archiwum, które w dużej mierze jest smutnym cmentarzyskiem niezrealizowanych wizji – wielkich idei, którym nie dano szansy na zaistnienie w druku. Czuję spoczywający na mnie ciężar odpowiedzialności za przedstawienie tego bogactwa światu, a jednocześnie trudno nie czuć przykrości, że cały ten materiał został niejako zmarnowany, mimo że są tam zalążki arcydzieł na miarę tych, które Wittlin faktycznie zrealizował do końca i zaprezentował je światu.

Pisarz stał się więc dla mnie przestrogą. Patrząc na jego archiwum – na te wszystkie wielkie, niedokończone projekty, na „rozgrzebane” powieści, które utknęły w martwym punkcie perfekcjonizmu – poczułem chłód. Jestem naocznym świadkiem jego zmagania się z samym sobą, obserwatorem czy wręcz już współuczestnikiem jego frustracji. Ludzie mówią mi w tym kontekście: „Nie bądź Wittlinem” – wiem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Wiem, że chcę być kustoszem własnego niespełnienia. Nie chcę, by moje pomysły podzieliły los dalszych części Trylogii o cierpliwym piechurze – wiecznie obiecywane (sobie i innym), nigdy niedomknięte.

To właśnie w zderzeniu z archiwum autora Soli ziemi uderzyła mnie jeszcze inna myśl, o wiele groźniejsza niż lęk przed wspomnianym już niespełnieniem. Uderzyła mnie moja własna hipokryzja.

Jak mogę wiarygodnie pisać o cudzym procesie twórczym, nie panując nad własnym? Jak mogę analizować wahania pióra Wittlina, interpretować jego zmagania, dossier genezy, skoro moje własne piętrzy się na biurku, w szufladach i pudłach niepoddane żadnej refleksji?

Stanisław Jaworski w fundamentalnej pracy o jakże wymownym tytule Piszę, więc jestem traktował o literaturze jako o nieustannym „stawaniu się”, o pisaniu jako jedynej metodzie konstytuowania podmiotu. Foucault nazywał to sobąpisaniem. Jeśli to prawda – a czuję, że tak – to milcząc i gromadząc notatki w ciemności szuflady, tak właściwie odmawiam sobie prawa do istnienia i do własnego głosu. Jestem badaczem, który teoretyzuje o pływaniu, stojąc bezpiecznie na brzegu… Podczas gdy powinienem rzucić się w nurt écriture – pełnego napięć procesu zmagania się podmiotu z materią języka, bo zdaje się zapomniałem, że mam wyrobioną kartę pływacką i wzorcowo pływam klasykiem (kończę doktorat o procesualności tworzenia, mam na koncie kilka dobrych analiz krytycznogenetycznych).

Nie otwieram więc tych szuflad z pragnienia bycia docenianym tu i teraz (przypomina się esej Wittlina Pisma pośmiertne). Robię to w imię metodologicznej uczciwości. Nie mogę być jedynie chłodnym analitykiem cudzych skreśleń. Muszę sam poczuć opór materii literackiej, a nie tylko naukowej. Muszę przejść przez frustrację selekcji, by „odpowiednie dać rzeczy słowo”, przez ten moment, w którym – jak pisał Biasi – myśl zastyga w ostateczny kształt, tracąc swoją potencjalność, zyskując istnienie.

Nie mogę pisać jedynie o cudzej twórczości, samemu przy tym nie tworząc. Opracowanie cudzej twórczości nie jest dla mnie twórczością par excellence, stać się nią może wyłącznie to, co wynika bezpośrednio ze mnie, mojego spojrzenia na świat. Z mojej twórczej sprawczości.  

Twórczość jako (jedyny) sposób bycia

To, co zacznie się tu pojawiać, to moje laboratorium autopoiesis. To literackie fundamenty tożsamości. Znajdziecie tu w pierwszej kolejności zapisy wizji lokalnych i próby uchwycenia „ducha miejsca”, często pisane pod wpływem impulsu i silnych emocji – zachwytów, wzruszeń, ale i frustracji.

Wiele z tych dokumentów latami czekało na moment swojego zaistnienia szerzej niż tylko w gronie najbliższych (nierzadko bohaterów tych opowieści) czy też istniało wyłącznie w relacji ze swoim autorem i jego puchnącymi segregatorami. Część czekała dwa lata, inne dziesięć. Archiwum ożywa, by wprawić w ruch mechanizmy, które są niezbędne do zaistnienia tekstów nowych, aktualnych. To podróż do korzeni mojej wrażliwości, ale zarazem do siebie samego sprzed lat, o którym zdaje się, że w piekle codzienności zdążyłem już zapomnieć. Nie da się jednak budować gmachu swojego życia bez ustabilizowanych fundamentów.

System wymaga ruchu. Pracownia musi żyć, papier musi cyrkulować, stara myśl musi zostać uwolniona, by zrobić miejsce na nową. Bo nowe już czeka w przedsionku, ale nie wejdzie, dopóki stare papiery blokują drzwi.

Zapomniałbym o sprawie najbardziej przyziemnej i wstydliwej. Muszę to zrobić, bo nikt inny się w tym nie rozczyta. Za parę lat – ja sam również. Moje pismo, pod wpływem pośpiechu i chęci natychmiastowego zapisu wrażenia, ewoluuje w stronę lekarskiej abstrakcji. To błękitne fale na oceanie nie zawsze białej kartki. Zamaszyste litery stygną. Nie każdy może mieć tyle cierpliwości do moich bazgrołów, co ja do rękopisów Wittlina. Jeśli nie przepiszę tego teraz – póki pamiętam kontekst, emocję i ten dziwny niepokój, który towarzyszył mi podczas samotnego przecinania ciszy i przestrzeni o północy na rowerze na odludziu czy w ruinach fortu – te notatki staną się bezwartościowe. Nie zostawię po sobie czytelnego archiwum, więc muszę je „upublicznić”, by je w ogóle ocalić.

Otwieram szuflady. Zanim będzie za późno. Bądźcie uważni na to, co dla Was przygotowałem.

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło

Podziemna struktura miasta

Wizualizacja modernistycznego godła "Smok" z ul. Bolesława Komorowskiego 9 w Krakowie (Półwsie Zwierzynieckie, dzielnica VII Zwierzyniec). Nietypowy, "owłosiony" smok w kolorach kremowym, złotym i ceglastym na granatowym tle, przypominający psa. Ilustracja metaforyczna do eseju o eksploracji krakowskich kawern, należących do kompleksu Twierdzy Kraków (Bodzów, Kostrze, Pychowice, Wielkanoc).

Atrybuty badacza – mapa, latarki i kabanosy

Adamowi R. Parolowi – z wdzięcznością

Od dłuższego czasu nie mogłem się doczekać tego dnia. Zapakowałem niezbędny sprzęt, przede wszystkim kilka latarek oraz konieczne do poprawy morale kabanosy, po czym pędem ruszyłem na umówione miejsce zbiórki. Gdy wyjeżdżałem z domu, byłem bardzo zmartwiony, bo mimo wielokrotnego upewniania się, że pogoda będzie nam sprzyjać, zaczęło delikatnie padać. Stwierdziłem jednak, że już nic nie jest w stanie przeszkodzić nam w realizacji planu.

Spotkaliśmy się pod Kapelanką, gdzie na zachętę (i dla odwrócenia uwagi od mojego kilkunastominutowego spóźnienia) poczęstowałem Adama kabanosem. Ruszyliśmy Twardowskiego w stronę Zakrzówka. Skierowaliśmy się na Norymberską, a potem w stronę Tynieckiej, by następnie odbić w niedaleko Rodzinnej.

Tym sposobem znaleźliśmy się na terenie Uroczyska Górka Pychowicka – w lesie, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Przypięliśmy rowery do szlabanu i wkroczyliśmy w nieznaną gęstwinę.

Zaufaj geografowi!

Po paru minutach marszu i dyskusji nad mapami rozpościera się przed nami niewielka polanka, ograniczona z prawej strony skałą, którą typowałem na idealną do ulokowania w niej kawerny. Po krótkim przekomarzaniu się i zarzutach z mojej strony, że zanadto oddalamy się od obstawianego przeze mnie miejsca, Adam dumnie wskazał piękne wejście, odcinające się znacząco swoją geometrią od nierównych skał. Będzie to zresztą jeden z wielu argumentów lansowanych przez Adama, że w ramach wycieczek terenowych powinienem „zaufać geografowi”. Z satysfakcją spostrzegłem, że krata zamocowana w wejściu jest uchylona – nieme zaproszenie do innego świata. Po odpaleniu latarek zanurzyliśmy się w wiejącą chłodem, niemal namacalną ciemność. Tym sposobem zwiedziłem pierwszą z prawdziwego zdarzenia kawernę.

Przed wycieczką widziałem tyle zdjęć i planów, że powinienem być przygotowany na to, co zobaczę. Żadne jednak zdjęcie nie jest w stanie zastąpić doświadczenia tego na własnej skórze. Snopy światła odsłaniają coraz to dalsze partie skalnego labiryntu, języki światła skaczą po chropowatych skalnych ścianach, wydobywając z niebytu kolejne przejścia i pomieszczenia. Przyjemny chłód, ciemność, ciekawość i ekscytacja całkowicie nami zawładnęły. Zachłannie odkrywaliśmy tę nową dla nas przestrzeń.

To, co uderza najbardziej, to dysonans, z którym umysł z początku nie jest w stanie sobie poradzić. Widzę bowiem dziką, pierwotną materię – ostre krawędzie skał, nieregularne wyżłobienia, surowy kamień, który wygląda, jakby został wyszarpany naturze siłą. Z drugiej jednak strony, gdy zmieniam oświetlenie i spoglądam w głąb tunelu, dostrzegam przerażającą wręcz precyzję. To nie jest twór natury. To brutalna geometria narzucona geologii.

Sarkofag od linijki

Ściany, mimo swojej chropowatości, trzymają idealny pion. Strop, choć poszarpany, zamyka przestrzeń w nienaturalnych, pudełkowych ryzach. Tylko że to „pudełko” ma zwodnicze, klaustrofobiczne wymiary. Według planu stoję w korytarzu o szerokości zaledwie czterech metrów, który jednak strzela w mrok prostą linią na długość blisko czterdziestu metrów. Jesteśmy na całkowitym pustkowiu, toniemy w ciemnościach, a nad nami spoczywają tony litej skały.

Jesteśmy więc zawieszeni między masywem skalnym, ciemnością, a pudełkową próżnią, którą coś każe nam zbadać, oswoić.

To napięcie między naturalnością a geometrycznością jest hipnotyzujące i niepokojące zarazem: jakby wejść do dzikiej jaskini, którą ktoś wykreślił od linijki. Wchodząc głębiej, czujesz się jak intruz w ciele góry, wędrując korytarzem, który jest pomnikiem ludzkiego uporu w walce z geologią. Latarka wyrywa z ciemności tylko fragmenty tej układanki, resztę pozostawiając w sferze niedomówienia.

Austriacka ścieżka w niebyt

Kolejnym celem naszej wyprawy były dwie jednokomorowe kawerny w Pychowicach. Udało mi się zlokalizować w terenie wąwóz, uformowany podobno przez Austriaków specjalnie jako droga dojazdowa do tych obiektów. Dziś jednak żaden trakt już tamtędy nie prowadzi. Wąwóz jest gęsto zarośnięty i skutecznie broni dostępu do miejsc, do których kiedyś miał go ułatwiać – znak czasu.

Po kilku minutach przedzierania się przez krzaki dotarliśmy na ostatni odcinek wąwozu. Znaleźliśmy tam miejsce na ognisko, skałki i rozwidlenie ścieżek prowadzące do dwóch kawern. To niezwykle urokliwy zakątek – wspólnie z Adamem skojarzył nam się ze „skalnym miastem”. Wszechobecna zieleń, gąszcz paproci, skały i wisząca w powietrzu ciężka wilgoć sprawiały wrażenie, jakbyśmy – niczym Indiana Jones – eksplorowali egzotyczną dżunglę. Sama kawerna okazała się niewielka, złożona tylko z jednego większego pomieszczenia, ale jej odnalezienie i tak dało nam sporo satysfakcji.

W kolejnej kawernie uderzył nas niesamowity kontrast. Kontrast sprawiającego wrażenie całkowicie naturalnego, nieregularnego wejścia z halą, która otwiera się tuż za nim. We wszystkich odwiedzonych przez nas tego dnia obiektach w głąb skał prowadził nas wąski, obetonowany tunel. Tutaj natomiast geometryczne pomieszczenie pojawia się niemal natychmiast po przekroczeniu dzikiego, jaskiniowego otworu.

Kubatura pomieszczenia, dzieła jakby zrobionego od linijki, bardzo jaskrawo kontrastuje z wejściem. 

Przystanek – nieistniejący fort

Rowery odpięte, mapa sprawdzona, podążamy dalej. Przystanek autobusowy „Fort Bodzów” prowokuje nas do dyskusji, kto i kiedy zadecydował, że taka nazwa przystanku będzie odpowiednia. Czy smutne ruiny fortu, bezmyślnie zburzonego za komuny, są aż tak obecne w świadomości mieszkańców, że postanowiono uczynić z nich istotny punkt odniesienia i nazwać tak przystanek?

Rowery znów zostawione w bezpiecznym miejscu, pniemy się do góry ścieżką sprawiającą wrażenie wąskiego trawnika między domami. I chociaż jedna z odnóg tej ścieżki prowadzi do czyjejś posesji, ta druga, wijąc się na tyłach innego domu, doprowadza nas do dużo porządniejszej drogi, zmierzającej w stronę smutnych ruin Bodzowa.

Niestety nici z podziwiania znakomitej panoramy miasta, zostaje jedynie spacer pośród smutnych ruin bezsensownie zniszczonego fortu. Pierwszy raz byłem tutaj, gdy jako nastolatek wymknąłem się ze wspólnego przesiadywania z tatą w biurze, niemniej jednak czułem się wtedy w tej obcej sobie okolicy dość niekomfortowo (ruiny, urwiska, kamieniołomy i świadomość istnienia jakichś tajemniczych tuneli – to wszystko działało na mnie wtedy chyba trochę przytłaczająco, ale jednocześnie przyciągająco, żeby się tu zjawić).

Spotykamy dwie panie jadące konno (co bardzo mnie zaskoczyło), po kilku minutach marszu pośród ciekawej roślinności stanęliśmy nad przepaścią.

Naszym oczom ukazał się iście księżycowy krajobraz kamieniołomu w Bodzowie.

Skalny labirynt pośród ruin

W jakiś instynktowny sposób przeprowadziłem nas kluczącymi tu i ówdzie ścieżkami. Miniaturowa polanka, a obok niej w zaroślach wejście do kawerny, niestety zakratowane.

Wiele lat temu z Krzyśkiem lub Andrzejem musiałem być tu po raz pierwszy, ale pamiętam tę sytuację jak przez mgłę – chyba dostrzegłem gdzieś z góry wejście do kawerny, ale stchórzyliśmy, twierdząc, że nie mamy wystarczająco mocnego światła czy nie chciało nam się przedzierać przez chaszcze (a może to był wówczas tylko pretekst). Zakratowane wejście… Cóż z tego, skoro tych było kilka.

Zainteresowała mnie bardzo słabo dostrzegalna ścieżka odchodząca od polanki i kiedy Adam rozmawiał przez telefon, postanowiłem zanurzyć się w te zarośla i w odległości zaledwie kilku metrów znalazłem równoległe wejście do poprzedniego. Co najważniejsze – otwarte.

I znów zanurzamy się w ciemność tajemnicy i kuszący chłód, który sprawia, że aż nie chce nam się wychodzić z powrotem na tę duszną, deszczową pogodę. W wielkiej hali przywitał nas niedorzecznie przewrócony na środku fotel, poza tym chyba żadnych wielkich niespodzianek.

Moją specjalnością jest podziwianie wielkich krzemieni wystających ze ścian (jako dziecko miałem słabość do krzemieni), analizowanie nacieków i nalotów na skałach. Żałujemy, że nie ma wśród nas geologa, który potrafiłby nam powiedzieć dużo więcej na temat tego, na co właściwie patrzyliśmy.

Wejście wycelowane w kierunku kamieniołomu zakratowane. Pamiętam opisy tej kawerny krzyczące dużymi literami o ogromnym niebezpieczeństwie. Brzmiały one tak, jakby człowiek nieświadomie szedł w kierunku światła i momentalnie (z chwilą znalezienia się w otworze wejściowym) spadał w przepaść – zaręczam, że tak to nie wygląda. Oryginalnie cała kawerna przecież znajdowała się w skale, zatem kamieniołom musiał nieco w tym miejscu naruszyć jej strukturę – betonowe płyty stanowiące tunel wejściowy powinny przecież tkwić w skale, a nie stać luzem, jak wynika ze zdjęć i tego, co dojrzałem przez kratę… No i właśnie, wyjście to ulokowane jest równolegle do przepaści, a nie prosto w nią.

Schodzimy z Bodzowa i docieramy do kawerny Kostrze. Pogoda nas nie rozpieszcza, ale towarzyszy nam chora wręcz determinacja.

Od podpisu saperów do pieczarek

Wejścia do kawerny w Kostrzu broniła bramka, nie została ona uchylona i otwarta, lecz brutalnie wyrwana z zawiasów i porzucona obok.

Po wejściu do środka uderza nas zasadnicza różnica względem poprzednich obiektów. Tu nie ma dysonansu między naturalną skałą a jej nienaturalnym kształtem, bo skały tutaj po prostu nie widać. Jest czyste przytłoczenie wszechobecnym betonem i cegłami. Wchodząc w głąb, ma się wrażenie wkraczania do schronu przeciwatomowego, a nie do kawerny z czasów Wielkiej Wojny. Betonowy pancerz szczelnie otula przestrzeń, tworząc zimny, przytłaczający tunel. Choć obiekt służył kiedyś jako pieczarkarnia (stąd pozostałości pieca), to żadnej pieczarki jednak nie zastałem, dziś  „ozdobą” tego miejsca są zwisające smętnie kable. To miejsce odarte z jaskiniowej tajemniczości, za to dobitnie świadczące o militarnej, ludzkiej ingerencji w przestrzeń.

Mimo tego surowego, industrialnego chłodu, za największy atut kawerny i dodatkowy bodziec do jej odwiedzenia uznałem tablicę przy wejściu, będącą wizytówką i podpisem jej twórców, jaskrawo odcinająca się swoją barwą i strukturą od wszechobecnego betonu. Czy mała kawerna kuta w skale to aż tak duże przedsięwzięcie inżynieryjne, że wymagało takiego upamiętnienia?  Nie wiem, ale jestem wdzięczny jej twórcom, że zostawili po sobie tak wyjątkową pamiątkę. Jakoś mnie to rozczula.

Przy zawalonym wejściu, świecąc po suficie, dostrzegłem małego nietoperza. Nie budźmy go, chodźmy dalej.

Zwyczajna kapliczka?

Wracamy do rowerów, przed nami jeszcze dwie zaplanowane na dziś kawerny – kawerna „Pod Kapliczką” miała być zamknięta kratą przez lokalnego księdza (tyle wyczytałem na różnych mądrych stronach). I faktycznie, jedno wejście było zastawione kratą, na dodatek znajdowało się w jakiejś jamie poszatkowanej korzeniami drzew, choć może jakoś bym się prześlizgnął szparą w kracie, gdyby była taka potrzeba…

Po drobnym rozczarowaniu tym faktem zarządziłem jednak obejście kapliczki. Opłaciło się to, bo już po chwili wskazywałem triumfalnie kolejne wejście.

To chyba najbardziej odrealnione miejsce, jakie tego dnia odwiedziliśmy. Wchodzi się głęboko pod ziemię, jakby do wnętrza wydrążonej góry, której szczyt dla niepoznaki zwieńczono kapliczką. Przestrzeń sakralna na górze, militarna na dole – niesamowity kontrast.

Topografia tej kawerny różni się diametralnie od pozostałych. Prowadzą do niej strome schody, które wiodą nas w głąb do ogromnej, podłużnej hali z kilkoma nieczynnymi wejściami po bokach. Wnętrze nosi ślady dziwnego „życia po życiu” – na ścianach bieleją współczesne włączniki światła, a z sufitu zwisają rozprute peszle z kablami. Wygląda to tak, jakby ktoś próbował oswoić tę militarną przestrzeń, ale ostatecznie ją porzucił. Jeden z korytarzy jest zawalony; już po wyjściu na powierzchnię, stojąc na trawie, spekulowaliśmy, w którym miejscu ten podziemny tunel powinien mieć swój wylot.

Najbardziej intryguje mnie jednak sam koncept: ukrycie strategicznego obiektu wojskowego bezpośrednio pod kapliczką. To genialny w swojej prostocie, choć nieco cyniczny kamuflaż. Wyobraźnia od razu podsuwa obrazy: stawiasz przed domem niewinnie wyglądającą kapliczkę, taką, jakich pełno w Polsce przy każdej drodze czy rozdrożu. Dla  sąsiadów byłaby miejscem modlitwy, a dla mnie – tajnym włazem do podziemnego świata.

Nic dziwnego, że ten mechanizm tak działa na wyobraźnię. Być może właśnie dlatego poszukiwacze przygód tak uparcie doszukują się wejścia do innej, nieznanej dotąd kawerny pod betonowym schodkiem kapliczki na drugim końcu Krakowa.

Wielkanoc w sierpniu

Ostatnim celem była kawerna „Wielkanoc”. Szczęście nas nie opuszczało – wejście znaleźliśmy natychmiast, zionące czernią i całkowicie otwarte. Fortuna nam dziś zdecydowanie sprzyja.  Obiekt okazał się prawdziwym labiryntem; mieliśmy wrażenie, jakby tunele i komory mnożyły się w nieskończoność, zapraszając nas coraz głębiej i głębiej.

W środku raczej nic nas nie zaskoczyło poza sporą ilością pająków. Dokonaliśmy inspekcji innych wejść do obiektu. To ponury katalog zamknięć: jeden otwór pogrzebany ziemią, inny zabity zardzewiałą blachą, kolejny – choć drożny tylko w połowie – dodatkowo uzbrojony w kratę.

Ślady cywilizacji ograniczały się do śmieci. Ktoś zadał sobie nawet trud zapakowania części z nich do worka, ale porzucił go wewnątrz. Kto i kiedy miałby go wynieść? Śmieciarka tu raczej nie dotrze.

Zastanawia mnie fenomen imprez w takich miejscach. Co kieruje ludźmi niezwiązanymi z fortyfikacjami, aby wybrać wilgotne, podziemne korytarze na miejsce spotkań? Czy nie czują lęku, pierwotnego niepokoju? Czy komfortowe byłoby przesiadywanie tutaj godzinami? A może to właśnie o ten niepokój chodzi? Wyobraźnia podsuwa mi klaustrofobiczną wizję: nietrzeźwy człowiek w ciemnościach i po omacku próbuje znaleźć wyjście, odbijając się od krat i zwałów ziemi, uwięziony w betonowej pułapce.

Po upewnieniu się, że przeszliśmy każdy korytarz i każde pomieszczenie, wyszliśmy z kawerny, łapiąc w płuca ciężkie, deszczowe powietrze. Z końcówki wakacji zrobiła nam się jesień – konstatujemy. Niemal równo z naszym wyjściem zapada zmrok.

Jazda w mokrych okularach

Plan zrealizowany, w poczuciu satysfakcji wracamy na rowerach mimo bardzo niesprzyjającej aury. Docieramy na bulwary wiślane na wysokości Bodzowa, które przypominają mi wszystkie wycieczki rowerowe do Tyńca z ojcem i nie tylko z nim. Na wysokości jednostki wojskowej na Tynieckiej żegnamy się w poczuciu dobrze spędzonego dnia.

Jadę sam, myśli kotłują się w głowie, deszcz smaga mnie po twarzy, a krople deszczu padają na okulary. Robi się coraz ciemniej, światła samochodów i latarni ulicznych w mokrych okularach tworzą mi przed oczami kształty przypominające struktury płatków śniegu. Wycieranie okularów wilgotną już chusteczką z przemoczonych spodni powoduje, że widzę jeszcze gorzej, cały obraz się rozmazuje. Niemal po omacku udaje mi się wrócić do domu. Przemoczone ubrania nie psują mi nastroju. Dzisiaj zrobiłem coś przełomowego – i to było dla mnie najważniejsze.

Towarzyszyło mi dzisiaj uczucie zachwytu i grozy, jakiś rodzaj respektu wobec tych pociągających dzieł (mysterium tremendum et fascinans). Wejście w nieznaną nam ciemność, gest powtarzany przez nas tego dnia wielokrotnie. Mrok i tajemnica. Co zastaniemy po przekroczeniu kutych w skałach wejść? Libację alkoholową, śmieci wielogabarytowe z całego osiedla, gruz, oberwany strop, satanistów, pijaków, ludzkie albo zwierzęce zwłoki? Stanęliśmy twarzą w twarz z tajemnicą i ponadstuletnim dziedzictwem.

Żeby znaleźć kawerny, trzeba przede wszystkim wiedzieć, czego się szuka. W tym względzie, poza analizą mapy, świetne jest przyswojenie sobie zdjęć wejść, żeby móc je skonfrontować z tym, co zastaniemy na miejscu.

Warto mieć przy sobie geografa – i móc przekupywać go kabanosami.

Bądźcie uważni.

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło

Nota o ilustracji tytułowej:

„Uśmiechnięty Smok” (godło kamienicy przy ul. Bolesława Komorowskiego 9). Wizualizacja autorska (Maciej Wcisło). Ten nietypowy, modernistyczny smok z 1936 roku – pokryty sierścią zamiast łusek i przypominający domowego pupila – staje się tu strażnikiem bramy do podziemnego Krakowa. Schodząc do kawern Twierdzy Kraków, zadawaliśmy sobie pytanie: „ Co zastaniemy pod ziemią? A co jeśli smok wawelski po prostu zmienił adres?”. Ilustracja jest wezwaniem do uważności (slow looking): niesamowitość czai się często tuż za rogiem, w nieoczywistej formie.