Estetyka rozpadu i logika osiedla

Archiwalna austriacka mapa wojskowa Twierdzy Kraków (Festung Krakau) z przełomu XIX i XX wieku. Fragment arkusza Blatt 16 RAKOWICE przedstawiający system fortyfikacji V obszaru warownego: Fort 48 Batowice, Fort 47 ½ Sudół oraz Fort 48a Mistrzejowice wraz z szańcami towarzyszącymi i historycznym układem dróg fortecznych.

Grunt to nowa tabliczka

Pogoda w Wielkanoc zdecydowanie pozytywnie zaskoczyła i sprowokowała do kolejnej wycieczki. Po dobrym śniadaniu w rodzinnym gronie zapakowałem najważniejsze rzeczy i ruszyłem przed siebie. Plan był mniej więcej określony w mojej głowie już dzień wcześniej, zawierał jednak tylko kluczowe obiekty, nie zaś punkty węzłowe: sposób dotarcia do nich, z możliwością poszerzenia trasy o wszystko, co nawinie się przy okazji bądź spontanicznie pojawi się na to ochota. Tak oto zjawiłem się przy adaptowanym właśnie na jakieś nowe cele młynie dominikańskim w Parku Zaczarowanej Dorożki.

Objechawszy uroczy park, w którym już raz czy dwa kiedyś byłem, skierowałem się w stronę kaplicy św. Jana Chrzciciela, której niestety nie było mi dane zwiedzić od środka. Akurat gdy tam zajechałem, z kościoła zaczęli wychodzić ludzie w odświętnych strojach, co znacząco kontrastowało z moim praktycznym ubiorem wycieczkowym. Otoczenie kaplicy było dla mnie zupełną zagadką. Dziwnie patrzyło mi się na cmentarne krzyże czy Jezusa Frasobliwego na tle wielkiego blokowiska, którego zmartwychwstanie świętują wychodzący z wątpliwej urody, nowoczesnej świątyni.

Tym sposobem nieoczekiwanie znalazłem się w sąsiedztwie dawnego folwarku dominikańskiego, który od lat był na mojej liście miejsc do sprawdzenia. Zabudowania sprawiają bardzo przykre wrażenie. Nieco komicznie i ironicznie wyglądają nowiuteńkie tabliczki adresowe na rozpadającym się budynku (podobnie jak na niektórych fortach – próba uporządkowania czegoś, co już dawno wymknęło się spod kontroli) czy stara antena na podpieranej dechami, walczącej ostatkiem sił z grawitacją arkadą. Klucząc chwilę po tym terenie, odnalazłem po chwili ośrodek jazdy konnej, o którym kiedyś bardzo poważnie myślałem w kontekście nauki… Wybieg dla koni płynnie przechodzi w czynne jeszcze zabudowania Polsadu, które sąsiadują na niewielkiej przestrzeni z różnego rodzaju ruderami. To pomieszanie porządków powoduje, że nie wiadomo za bardzo, co jest czym, więc opuszczam do dziwaczne nie-miejsce (będzie ich dzisiaj jeszcze kilka).

Dobrze jest czasem zgubić się we własnym mieście

Przeskakuję z rowerem Sudół Dominikański na tyłach Polsadu, zamiast w cywilizowany sposób przekroczyć go mostem na Strzelców, przystosowanym do puszczenia tędy tramwaju z Rakowic do Mistrzejowic, który nigdy tu już nie powstanie (Adam doskonale wie, jak bardzo pasjonuje mnie zagadnienie rezerw terenowych pod przyszłe inwestycje, gdy nieracjonalnie pusta przestrzeń jest tak naprawdę elementem czegoś większego – mają one sens, o ile są one realizowane)… Dzięki temu manewrowi znalazłem się na ścieżce spacerowej wzdłuż Sudołu, która była tematem jednej z naszych wycieczek z Adamem. Postanowiłem nie powielać dawnej trasy, tylko ją nieco skomplikować, otwierając się na nowe doświadczenia.  

Postanowiłem więc jechać środkiem terenów zielonych osiedla Prądnik Czerwony, zamiast tłuc się monotonnie wzdłuż Strzelców. Byłem zachwycony, szeroka aleja pnąca się w górę między blokami dawała mi świetny wgląd w układ osiedla, pozwoliła podziwiać kwitnące drzewa oraz podpatrzeć, jak mieszkańcy spędzają wolny czas.

Byłem tu pierwszy raz w życiu, niespecjalnie wiedziałem, gdzie faktycznie jestem – i dobrze! Daje to radość odkrywania, poznawania, eksplorowania, patrzenia na nowe miejsca z niesamowitą wręcz świeżością, to stwarzanie sobie okazji do tego, żeby dać się zaskoczyć. Jak widać, doświadczenia te są możliwe nawet (albo i zwłaszcza) w rodzinnym mieście.

Nim się obejrzałem, stałem już na skrzyżowaniu Powstańców i Strzelców. Widzę doskonale, jak stoję dokładnie na tym samym skrzyżowaniu z Adamem jakieś dwa lata temu (tracę rachubę) i odpoczywam przed dalszą jazdą, pijąc Tymbarka z kartonu lub butelki.

Przykre ruiny

Szybka jazda wzdłuż Cmentarza Batowickiego uświadamia mi, jak wiele osób odwiedza groby bliskich nie tylko w listopadzie. Moje cele na ten dzień są jednak nieco odmienne. Parkuję rower obok pętli autobusowej i chciałem napisać, że zniknąłem w chaszczach (które przy poprzednich wizytach znacząco utrudniły nam wejście do fortu, kompletnie niedostępnego i niewidocznego przez gęstą zieleń). Tylko że tych szczęśliwie jeszcze nie było, dzięki czemu bezproblemowo znalazłem się na terenie ruin fortu Sudół.

Wita mnie kaponiera obrony wjazdu, zachowana w dość dobrym stanie. Przed wejściem pudełko po prezerwatywach, w środku charakterystycznie rozrzucone chusteczki na ziemi – jakby ktoś zrobił sobie z tego obiektu wychodek. Zdecydowanie króluje tu fizjologia, choć zupełnie nie potrafię zrozumieć, kto i dlaczego miałby ochotę na zbliżenie w tak odstręczającym miejscu.

Brak chaszczy powoduje, że tragiczny stan trupa fortu widoczny jest w całej tzw. okazałości. Zastanawiam się, czy z litości nie lepsze byłoby zburzenie go do końca. Komunistyczne burzymurki z dziwacznym upodobaniem potrafiły rozbebeszyć fort, ale tylko częściowo, nie dopełniając aktu zniszczenia i pozostawiając niedorzeczną, roztrzaskaną strukturę na pastwę losu – dokładnie przecież widok taki prezentuje obecnie Bodzów. Doprawdy nie wiem, komu te forty w tych miejscach wówczas przeszkadzały, ich likwidacja nie była w żaden sposób podyktowana rozwojem miasta, jak chociażby unicestwienie fortu Pszorna, który ustąpił alei Jana Pawła II.  

Kilka małych pomieszczeń, zawieszone w próżni resztki stropów, parę wystających ze ścian metalowych elementów i schody na kondygnację, która nie istnieje – tak prezentuje się obecnie Fort 47 1/2 Sudół, który moglibyśmy podziwiać jako „nietypowy w szczegółach przykład rozwiązania dzieła pancernego obrony bliskiej”[1]. A ponieważ nie możemy tego uczynić, robię kilka pamiątkowych zdjęć – w tym siebie i swojego plecaka w towarzystwie wszechobecnych śmieci – po czym ruszam dalej.

Nie-miejsca

Zatrzymałem się jeszcze chwilę na Cmentarzu Batowickim. Bardzo mnie poruszył widok rzędów niekończących się czarnych nagrobków na tle kolorowych blokowisk. Zaraz potem z impetem zjechałem Powstańców i znalazłem się w jeszcze ciekawszym miejscu. Na tyłach cmentarza, pośród magazynów i ogródków działkowych analizuję po raz kolejny relikty dawnej strzelnicy wojskowej, do której prowadzi niepozorny, XIX-wieczny mostek na Sudole. Wszystko wokół wygląda tu na bardzo labilne, niedookreślone, płynne, odstręczające – jak chociażby rozpadające się rudery na terenie ogródków działkowych, do których może i bym zajrzał, gdyby nie spacerowicze z psami.

Trasa biegnie dalej ziemistymi ścieżkami, które płynnie przechodzą w tor crossowy, w pobliżu słyszę jakichś nastolatków na rowerach. Komicznie znowu (jak w Witkowicach) muszę wyglądać na tej trasie na rowerze szosowym, ale co zrobić. Pofałdowany i wyglądający na mocno zaniedbany teren stanowi rodzaj bariery oddzielających żywych i umarłych. Ścieżki są bardzo strome, ale jedna w końcu skutecznie doprowadza mnie w pożądanym kierunku. Zostawiam za sobą cmentarz i dziwaczne ogródki oraz niedorzeczną betonową czapę w na skraju lasu, która kiedyś miała być elementem strzelnicy. Krajobraz ulega diametralnej metamorfozie. Znajduję się na nagle na terenie osiedla, które skrywa kolejną tajemnicę.  

Na przekór logice

Szybka jazda Wawelską i parkowymi alejkami doprowadziła mnie do głównego punktu wycieczki – fortu Batowice. Zaparkowałem przy znaku, odnajdując upatrzone ostatnim razem dogodne wejście na teren fortu. Okoliczności dzisiejszej eksploracji jak i położenie samego fortu są dość zaskakujące.

Wielokrotnie podkreślam upodobanie, z jakim władze komunistyczne bezmyślnie niszczyły austriackie fortyfikacje, motywując to kwestiami ideologicznymi. Tutaj jednak postąpiono zgoła inaczej. Osiedle Złotego Wieku, na terenie którego się znajduję, nie wchodzi zasadniczo w żadną kolizję z fortem, zdaje się funkcjonować obok, wokół niego a nie wbrew niemu. Zadziwia fakt, że urbanistom ten relikt obcego panowania nie przeszkadzał i nie postanowiono go wysadzić, ostentacyjnie na jego terenie lokując blok z wielkiej płyty – może plantowanie terenu byłoby zanadto kłopotliwe? Równie dobrze można było go rozbabrać jak sąsiedni Sudół. Zadziwia mnie ta wspaniałomyślność projektantów, który pozwolili na to, aby fort stał się naturalnym rezerwuarem zieleni dla osiedla, lokując wokół niego alejki spacerowe. Szkoda, że tego typu myślenie o tkance miejskiej nie przyświecało w innych częściach Krakowa. Może wynika to z faktu, że akcja burzenia fortów przypadła przede wszystkim na lata 50., a to osiedle datuje się na lata 1968–1973. Tak czy inaczej dzięki temu mam teraz co zwiedzać. Podobne odczucia zresztą, choć nie tak mocne, miałem w forcie Mistrzejowice.

Paradoks Batowic – żyjące ruiny

Czuję się w miarę dobrze zorientowany w topografii fortu, ponieważ byłem tu już raz. Zamknięte drzwi i zakratowane przejścia do niektórych pomieszczeń nie powinny stanowić problemu, jeżeli się wie, że tunele na ogół mają wejście i wyjście. Udało mi się zwiedzić właściwie większość z tego, co było możliwe do zwiedzenia.

Paradoksem jest, że ktoś próbował kiedyś zabezpieczyć ten fort, nie dbając o to, że do wielu pomieszczeń można dostać się na kilka różnych sposobów. Paradoksem jest wielki austriacki fort artyleryjski pośród geniuszu PRL-owskiej urbanistyki. Paradoksem jest żyjąca swoim mrocznym życiem ruina pośród żywego osiedla, brzydota pośród piękna natury i mój strach, że może jednak ktoś zechce zrobić mi tutaj krzywdę, skoro słyszę tyle głosów dokoła i jestem przekonany o czyjejś nieustannej obecności. Paradoksem jest pakowanie się w najgłębsze, najbrzydsze i najmroczniejsze części fortyfikacji w tak radosny, słoneczny i ciepły dzień. No cóż, najciemniej pod latarnią. W parku trwa nieskrępowana radość istnienia i celebracja wielkanocnego popołudnia, a ja nurzam się w najohydniejszych obszarach ludzkiej egzystencji. Wszystkie te sprawy, jak widać, mogą ze sobą współistnieć na niewielkiej przestrzeni.

W rzeczy samej, ludzi na alejkach okalających fort jest naprawdę sporo. Jest też wiele spacerujących po samym forcie (na ogół ludzie z psami), w pewnym momencie mijam się z całą wielopokoleniową rodziną, która – nie wiem na ile świadomie – znalazła się tutaj, na ile wzięło ich na zwiedzanie fortu, a na ile tylko skracają sobie drogę.

Słyszę tyle ludzi wokół, że nie wiem, kogo się tutaj spodziewać, czy to głosy dochodzące z fortu, z alejek, jakie intencje będą miały napotkane tutaj osoby. Czy ktoś podniesie na mnie rękę w cieniu osiedla? Cóż mi pomoże bliskość tłumu w parku, skoro siedzę w ciemnym tunelu? Być może wielu spacerowiczów celowo ignoruje obecność ruiny, świadomie poruszając się wyłącznie wokół niej, dosłownie omijając ją?

Paradoksalnie czułem się lepiej na odludziu, w ciszy i ciemności. Ta pozorna sielanka tocząca się na powierzchni niepotrzebnie mnie rozprasza bądź usypia moją czujność.

Przestrzeń liminalna

Znanym sobie sposobem zanurzam się w ciemność. Z daleka dochodzą dźwięki zwyczajnego, wesołego życia, podczas gdy ja analizuję wulgarne i satanistyczne graffiti na zabytkowej tkance fortu. Jedno pomieszczenie kaponiery jakby wytapetowane jakąś niemiecką gazetką z ubraniami sprzed kilkudziesięciu lat (?!), a na ziemi leży wybebeszona kasa pancerna czy dwie i resztki ogniska – zastanawiam się, czy właśnie nie stąpam po miejscu przestępstwa. Ewidentnie czuję się intruzem w przestrzeni zawłaszczonej kiedyś przez kogoś.

W innym miejscu kaponiery betonowa laweta armaty (o której nasłuchałem się wiele od przewodników w innych fortach) jakimś sposobem i w jakimś celu została w kawałkach ciśnięta w bok, zaś na jej miejscu powstał olbrzymi dół, w który wrzucono choinki i czarne worki ze śmieciami (mam nadzieję, że tylko ze śmieciami). Moje kroki niosą się ciężkim echem po podziemiach. Wszędzie nieprzebrane ilości śmieci.

Obrazem, który mi pozostanie do końca dnia są porozrzucane staniki pod ścianą z wymalowanym znakiem Polski Walczącej w jednym z pomieszczeń. Trudno jest mi wyjaśnić, co tutaj zaszło. Przechodząc przez okaleczone drzwi dziwi mnie nerwowy lot tam i z powrotem jakiegoś ptaszka – miał uwite gniazdo w futrynie.

W wielu pomieszczeniach ktoś bardzo starał się zakryć oryginalne metalowe otwory strzelnicze deskami, gruzem, śmieciami. W wielu z nich, co szczególnie ciekawe, zachowały się jeszcze metalowe elementy do zamocowania karabinów. Nie sądzę jednak, aby bywalcy tego miejsca znali się na takich szczegółach sztuki fortyfikacyjnej – za wszelką cenę chcieli jednak odciąć pomieszczenie od dopływu światła. 

Zapewne ominąłem kilka elementów, zwiedzając bez planu w ręku, starając się w miarę nie wchodzić w kolizję z innymi obecnymi na terenie fortu i na bieżąco modyfikując trasę. Udało mi się jednak wyrobić ogólne zdanie o całym założeniu, stanie zachowania i innych ciekawych zjawiskach. Trochę czasu spędziłem na fotografowaniu śmieci, mchu i roślinek wyrastających z fortecznych murów.

Co ciekawe fort Batowice był obiektem filmów na kanale Tajemnice Nowej Huty, gdzie Kazimierz Kubrak opowiadał o jakiejś swoistej symbiozie między nim a przebywającymi tu bezdomnymi oraz o przebywaniu w podziemiach jednego z krakowskich fortów „przez trzy dni i trzy noce”. W filmie zatytułowanym W austriackim szambie widać z kolei, jak Kubrak wczołgał się do szamba fortu po stosie szklanych butelek, enigmatycznie wyjaśniając, że z tego pomieszczenia da się dostać gdzieś jeszcze. Co miał na myśli i jaki miałoby to sens – nie mam pojęcia. Wydaje mi się również, że wszystkie otwory wejściowe z poziomu gruntu są zasłonięte betonowymi płytami. Przekonująco za to opowiada, że poza bezdomnymi ukrywały się tutaj również osoby uchylające się od wyroków sądowych. Ciekawe, na ile w świadomości zbiorowej mieszkańców osiedla fort jawił się nie jako zielona wyspa zieleni, ale raczej jako czarna otchłań bezprawia i grozy pośród ich pięknych, kolorowych bloków.

Gdzie ta Reduta?

Dla niedzielnych spacerowiczów moja sylwetka nieoczekiwanie wynurzająca się na alejkę z zarośli musiała wyglądać komicznie albo niepokojąco. Przystąpiłem do roweru i zacząłem analizować dalszy ciąg trasy. A ponieważ nic nie jadłem od dłuższego czasu, z radością odkryłem w swoim plecaku całą paczkę suszonych daktyli. Gdy szczelnie wypełniłem sobie nimi usta, nieoczekiwanie podszedł do mnie jakiś starszy pan w chustce na głowie, prowadzący srebrzystą hulajnogę. Zagadując mnie o rower, zaczyna wywód na temat opon bezdętkowych i płynących z nich korzyści. To zaskakujące, byłem dzisiaj w tylu dziwnych miejscach, a jedyna interakcja z innymi ludźmi ma dotyczyć akurat opon rowerowych. Mam wrażenie, jakby tego człowieka przysłał mój ojciec, który uwielbia zaczynać ze mną tego typu tematy w najmniej oczekiwanych momentach. Zakończyliśmy rozmowę złośliwymi uwagami na temat rowerów elektrycznych i każdy z nas odjechał w swoją stronę.

Niebywale przyjemnie zjeżdżało się ulicą Zjazdu Gnieźnieńskiego ze świadomością, jak bardzo umęczyła mnie kiedyś w czasie wyprawy z Adamem. Tej samej, gdy w ramach mojego zainteresowania krakowskimi rzekami analizowałem poziom zagospodarowania brzegów Sudołu Dominikańskiego, który momentami dość pozytywnie mnie zaskoczył. Dzisiaj ten element wycieczki pokonuję dość szybko i powierzchownie. Kieruję się w stronę Parku Reduta, który swego czasu zasłynął z niecodziennej liczby ławek i koszy na śmieci.

Gdzież jednak owa reduta, od której nazwę bierze ulica i park? Przecięty na pół polem uprawnym szaniec IS V-6 tkwi otoczony alejkami spacerowymi jako niedorzeczne kuriozum. Niemy patron parku pozostaje na całkowitym uboczu, choć wokół niego wszystko tętni życiem. Zadrzewiona nierówność terenu tuż pod oknami nowiutkiego osiedla razi masą śmieci, co zupełnie nie licuje z elegancją względnie nowego parku i towarzyszącego mu budownictwa. Robię parę zdjęć, na których próbuję uwydatnić ten kontrast. Niestety brak jakiejkolwiek informacji o związku tej terenowej anomalii z przestrzenią i jej nazewnictwem. Szaniec był tutaj wcześniej, reszta jest wtórna – choć oczywiście przy przekształceniach przestrzeni z pozoru wydaje się, że było na odwrót, to relikt przeszłości wygląda nieprzystająco do reszty i tworzy dysonans.

Z perspektywy spacerowiczów musiałem wyjść na kogoś, kto z oczywistych powodów zostawia rower pod drzewem i idzie w krzaczki, choć może w przestrzeni publicznej przy takim zagęszczeniu ludzi i osób nie wypada. Nikt nie wie, że idę tam – szukać sensu, którego oni nie dostrzegają; struktury, którą mało kto już potrafi przeczytać.


[1] http://kaponiera.pl/5/sudol.html.

Otwarcie archiwum

Skan odręcznego rękopisu z widocznym przebijaniem tekstu (efekt ghosting). Ilustracja koncepcji avant-texte i materialności procesu twórczego w pracy badacza literatury.

Czego mnie nauczyły notatniki Wittlina?

Biurko ma swoją określoną wyporność i wytrzymałość. Moje osiągnęło wreszcie stan krytyczny. Przez lata, zamiast sterylnej przestrzeni do pracy, miałem przed oczami chaotyczny przekrój całej dekady. Notatki z wykładów sprzed kilku lat, ksera artykułów na dawno zaliczone zajęcia, odbitki zdjęć z wycieczek, bilety z nieistniejących już wystaw, cudze wizytówki, porywy młodzieńczego geniuszu i dowody sromotnych klęsk. Cały ten twórczy bałagan zaczął ciążyć. Biurko przestało być przestrzenią do bieżącej pracy, a stało się archiwum, pozostawiając mi tylko skrawek miejsca, jakkolwiek umożliwiający bieżącą pracę.

Dla kogoś z zewnątrz to bezwartościowy bałagan. Dla mnie, badacza rękopisów wychowanego na Biasim, Jaworskim i Antoniuku to klasyczne dossier genezy. Materia, z której dopiero ma szansę wyłonić się sens, który na razie zastygł w fazie potencjalności.

Od kilku lat zajmuję się naukowo procesem twórczym. Piszę doktorat, analizuję zapiski Józefa Wittlina, uczę się jego charakteru pisma, sposobu organizacji notatek, typów skreśleń, całego języka symboli, wewnętrznych odesłań, skrótów. Jako pierwszy próbuję kompleksowo podejść do zagadnienia jego archiwum, które w dużej mierze jest smutnym cmentarzyskiem niezrealizowanych wizji – wielkich idei, którym nie dano szansy na zaistnienie w druku. Czuję spoczywający na mnie ciężar odpowiedzialności za przedstawienie tego bogactwa światu, a jednocześnie trudno nie czuć przykrości, że cały ten materiał został niejako zmarnowany, mimo że są tam zalążki arcydzieł na miarę tych, które Wittlin faktycznie zrealizował do końca i zaprezentował je światu.

Pisarz stał się więc dla mnie przestrogą. Patrząc na jego archiwum – na te wszystkie wielkie, niedokończone projekty, na „rozgrzebane” powieści, które utknęły w martwym punkcie perfekcjonizmu – poczułem chłód. Jestem naocznym świadkiem jego zmagania się z samym sobą, obserwatorem czy wręcz już współuczestnikiem jego frustracji. Ludzie mówią mi w tym kontekście: „Nie bądź Wittlinem” – wiem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Wiem, że chcę być kustoszem własnego niespełnienia. Nie chcę, by moje pomysły podzieliły los dalszych części Trylogii o cierpliwym piechurze – wiecznie obiecywane (sobie i innym), nigdy niedomknięte.

To właśnie w zderzeniu z archiwum autora Soli ziemi uderzyła mnie jeszcze inna myśl, o wiele groźniejsza niż lęk przed wspomnianym już niespełnieniem. Uderzyła mnie moja własna hipokryzja.

Jak mogę wiarygodnie pisać o cudzym procesie twórczym, nie panując nad własnym? Jak mogę analizować wahania pióra Wittlina, interpretować jego zmagania, dossier genezy, skoro moje własne piętrzy się na biurku, w szufladach i pudłach niepoddane żadnej refleksji?

Stanisław Jaworski w fundamentalnej pracy o jakże wymownym tytule Piszę, więc jestem traktował o literaturze jako o nieustannym „stawaniu się”, o pisaniu jako jedynej metodzie konstytuowania podmiotu. Foucault nazywał to sobąpisaniem. Jeśli to prawda – a czuję, że tak – to milcząc i gromadząc notatki w ciemności szuflady, tak właściwie odmawiam sobie prawa do istnienia i do własnego głosu. Jestem badaczem, który teoretyzuje o pływaniu, stojąc bezpiecznie na brzegu… Podczas gdy powinienem rzucić się w nurt écriture – pełnego napięć procesu zmagania się podmiotu z materią języka, bo zdaje się zapomniałem, że mam wyrobioną kartę pływacką i wzorcowo pływam klasykiem (kończę doktorat o procesualności tworzenia, mam na koncie kilka dobrych analiz krytycznogenetycznych).

Nie otwieram więc tych szuflad z pragnienia bycia docenianym tu i teraz (przypomina się esej Wittlina Pisma pośmiertne). Robię to w imię metodologicznej uczciwości. Nie mogę być jedynie chłodnym analitykiem cudzych skreśleń. Muszę sam poczuć opór materii literackiej, a nie tylko naukowej. Muszę przejść przez frustrację selekcji, by „odpowiednie dać rzeczy słowo”, przez ten moment, w którym – jak pisał Biasi – myśl zastyga w ostateczny kształt, tracąc swoją potencjalność, zyskując istnienie.

Nie mogę pisać jedynie o cudzej twórczości, samemu przy tym nie tworząc. Opracowanie cudzej twórczości nie jest dla mnie twórczością par excellence, stać się nią może wyłącznie to, co wynika bezpośrednio ze mnie, mojego spojrzenia na świat. Z mojej twórczej sprawczości.  

Twórczość jako (jedyny) sposób bycia

To, co zacznie się tu pojawiać, to moje laboratorium autopoiesis. To literackie fundamenty tożsamości. Znajdziecie tu w pierwszej kolejności zapisy wizji lokalnych i próby uchwycenia „ducha miejsca”, często pisane pod wpływem impulsu i silnych emocji – zachwytów, wzruszeń, ale i frustracji.

Wiele z tych dokumentów latami czekało na moment swojego zaistnienia szerzej niż tylko w gronie najbliższych (nierzadko bohaterów tych opowieści) czy też istniało wyłącznie w relacji ze swoim autorem i jego puchnącymi segregatorami. Część czekała dwa lata, inne dziesięć. Archiwum ożywa, by wprawić w ruch mechanizmy, które są niezbędne do zaistnienia tekstów nowych, aktualnych. To podróż do korzeni mojej wrażliwości, ale zarazem do siebie samego sprzed lat, o którym zdaje się, że w piekle codzienności zdążyłem już zapomnieć. Nie da się jednak budować gmachu swojego życia bez ustabilizowanych fundamentów.

System wymaga ruchu. Pracownia musi żyć, papier musi cyrkulować, stara myśl musi zostać uwolniona, by zrobić miejsce na nową. Bo nowe już czeka w przedsionku, ale nie wejdzie, dopóki stare papiery blokują drzwi.

Zapomniałbym o sprawie najbardziej przyziemnej i wstydliwej. Muszę to zrobić, bo nikt inny się w tym nie rozczyta. Za parę lat – ja sam również. Moje pismo, pod wpływem pośpiechu i chęci natychmiastowego zapisu wrażenia, ewoluuje w stronę lekarskiej abstrakcji. To błękitne fale na oceanie nie zawsze białej kartki. Zamaszyste litery stygną. Nie każdy może mieć tyle cierpliwości do moich bazgrołów, co ja do rękopisów Wittlina. Jeśli nie przepiszę tego teraz – póki pamiętam kontekst, emocję i ten dziwny niepokój, który towarzyszył mi podczas samotnego przecinania ciszy i przestrzeni o północy na rowerze na odludziu czy w ruinach fortu – te notatki staną się bezwartościowe. Nie zostawię po sobie czytelnego archiwum, więc muszę je „upublicznić”, by je w ogóle ocalić.

Otwieram szuflady. Zanim będzie za późno. Bądźcie uważni na to, co dla Was przygotowałem.

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło