Estetyka rozpadu i logika osiedla

Archiwalna austriacka mapa wojskowa Twierdzy Kraków (Festung Krakau) z przełomu XIX i XX wieku. Fragment arkusza Blatt 16 RAKOWICE przedstawiający system fortyfikacji V obszaru warownego: Fort 48 Batowice, Fort 47 ½ Sudół oraz Fort 48a Mistrzejowice wraz z szańcami towarzyszącymi i historycznym układem dróg fortecznych.

Grunt to nowa tabliczka

Pogoda w Wielkanoc zdecydowanie pozytywnie zaskoczyła i sprowokowała do kolejnej wycieczki. Po dobrym śniadaniu w rodzinnym gronie zapakowałem najważniejsze rzeczy i ruszyłem przed siebie. Plan był mniej więcej określony w mojej głowie już dzień wcześniej, zawierał jednak tylko kluczowe obiekty, nie zaś punkty węzłowe: sposób dotarcia do nich, z możliwością poszerzenia trasy o wszystko, co nawinie się przy okazji bądź spontanicznie pojawi się na to ochota. Tak oto zjawiłem się przy adaptowanym właśnie na jakieś nowe cele młynie dominikańskim w Parku Zaczarowanej Dorożki.

Objechawszy uroczy park, w którym już raz czy dwa kiedyś byłem, skierowałem się w stronę kaplicy św. Jana Chrzciciela, której niestety nie było mi dane zwiedzić od środka. Akurat gdy tam zajechałem, z kościoła zaczęli wychodzić ludzie w odświętnych strojach, co znacząco kontrastowało z moim praktycznym ubiorem wycieczkowym. Otoczenie kaplicy było dla mnie zupełną zagadką. Dziwnie patrzyło mi się na cmentarne krzyże czy Jezusa Frasobliwego na tle wielkiego blokowiska, którego zmartwychwstanie świętują wychodzący z wątpliwej urody, nowoczesnej świątyni.

Tym sposobem nieoczekiwanie znalazłem się w sąsiedztwie dawnego folwarku dominikańskiego, który od lat był na mojej liście miejsc do sprawdzenia. Zabudowania sprawiają bardzo przykre wrażenie. Nieco komicznie i ironicznie wyglądają nowiuteńkie tabliczki adresowe na rozpadającym się budynku (podobnie jak na niektórych fortach – próba uporządkowania czegoś, co już dawno wymknęło się spod kontroli) czy stara antena na podpieranej dechami, walczącej ostatkiem sił z grawitacją arkadą. Klucząc chwilę po tym terenie, odnalazłem po chwili ośrodek jazdy konnej, o którym kiedyś bardzo poważnie myślałem w kontekście nauki… Wybieg dla koni płynnie przechodzi w czynne jeszcze zabudowania Polsadu, które sąsiadują na niewielkiej przestrzeni z różnego rodzaju ruderami. To pomieszanie porządków powoduje, że nie wiadomo za bardzo, co jest czym, więc opuszczam do dziwaczne nie-miejsce (będzie ich dzisiaj jeszcze kilka).

Dobrze jest czasem zgubić się we własnym mieście

Przeskakuję z rowerem Sudół Dominikański na tyłach Polsadu, zamiast w cywilizowany sposób przekroczyć go mostem na Strzelców, przystosowanym do puszczenia tędy tramwaju z Rakowic do Mistrzejowic, który nigdy tu już nie powstanie (Adam doskonale wie, jak bardzo pasjonuje mnie zagadnienie rezerw terenowych pod przyszłe inwestycje, gdy nieracjonalnie pusta przestrzeń jest tak naprawdę elementem czegoś większego – mają one sens, o ile są one realizowane)… Dzięki temu manewrowi znalazłem się na ścieżce spacerowej wzdłuż Sudołu, która była tematem jednej z naszych wycieczek z Adamem. Postanowiłem nie powielać dawnej trasy, tylko ją nieco skomplikować, otwierając się na nowe doświadczenia.  

Postanowiłem więc jechać środkiem terenów zielonych osiedla Prądnik Czerwony, zamiast tłuc się monotonnie wzdłuż Strzelców. Byłem zachwycony, szeroka aleja pnąca się w górę między blokami dawała mi świetny wgląd w układ osiedla, pozwoliła podziwiać kwitnące drzewa oraz podpatrzeć, jak mieszkańcy spędzają wolny czas.

Byłem tu pierwszy raz w życiu, niespecjalnie wiedziałem, gdzie faktycznie jestem – i dobrze! Daje to radość odkrywania, poznawania, eksplorowania, patrzenia na nowe miejsca z niesamowitą wręcz świeżością, to stwarzanie sobie okazji do tego, żeby dać się zaskoczyć. Jak widać, doświadczenia te są możliwe nawet (albo i zwłaszcza) w rodzinnym mieście.

Nim się obejrzałem, stałem już na skrzyżowaniu Powstańców i Strzelców. Widzę doskonale, jak stoję dokładnie na tym samym skrzyżowaniu z Adamem jakieś dwa lata temu (tracę rachubę) i odpoczywam przed dalszą jazdą, pijąc Tymbarka z kartonu lub butelki.

Przykre ruiny

Szybka jazda wzdłuż Cmentarza Batowickiego uświadamia mi, jak wiele osób odwiedza groby bliskich nie tylko w listopadzie. Moje cele na ten dzień są jednak nieco odmienne. Parkuję rower obok pętli autobusowej i chciałem napisać, że zniknąłem w chaszczach (które przy poprzednich wizytach znacząco utrudniły nam wejście do fortu, kompletnie niedostępnego i niewidocznego przez gęstą zieleń). Tylko że tych szczęśliwie jeszcze nie było, dzięki czemu bezproblemowo znalazłem się na terenie ruin fortu Sudół.

Wita mnie kaponiera obrony wjazdu, zachowana w dość dobrym stanie. Przed wejściem pudełko po prezerwatywach, w środku charakterystycznie rozrzucone chusteczki na ziemi – jakby ktoś zrobił sobie z tego obiektu wychodek. Zdecydowanie króluje tu fizjologia, choć zupełnie nie potrafię zrozumieć, kto i dlaczego miałby ochotę na zbliżenie w tak odstręczającym miejscu.

Brak chaszczy powoduje, że tragiczny stan trupa fortu widoczny jest w całej tzw. okazałości. Zastanawiam się, czy z litości nie lepsze byłoby zburzenie go do końca. Komunistyczne burzymurki z dziwacznym upodobaniem potrafiły rozbebeszyć fort, ale tylko częściowo, nie dopełniając aktu zniszczenia i pozostawiając niedorzeczną, roztrzaskaną strukturę na pastwę losu – dokładnie przecież widok taki prezentuje obecnie Bodzów. Doprawdy nie wiem, komu te forty w tych miejscach wówczas przeszkadzały, ich likwidacja nie była w żaden sposób podyktowana rozwojem miasta, jak chociażby unicestwienie fortu Pszorna, który ustąpił alei Jana Pawła II.  

Kilka małych pomieszczeń, zawieszone w próżni resztki stropów, parę wystających ze ścian metalowych elementów i schody na kondygnację, która nie istnieje – tak prezentuje się obecnie Fort 47 1/2 Sudół, który moglibyśmy podziwiać jako „nietypowy w szczegółach przykład rozwiązania dzieła pancernego obrony bliskiej”[1]. A ponieważ nie możemy tego uczynić, robię kilka pamiątkowych zdjęć – w tym siebie i swojego plecaka w towarzystwie wszechobecnych śmieci – po czym ruszam dalej.

Nie-miejsca

Zatrzymałem się jeszcze chwilę na Cmentarzu Batowickim. Bardzo mnie poruszył widok rzędów niekończących się czarnych nagrobków na tle kolorowych blokowisk. Zaraz potem z impetem zjechałem Powstańców i znalazłem się w jeszcze ciekawszym miejscu. Na tyłach cmentarza, pośród magazynów i ogródków działkowych analizuję po raz kolejny relikty dawnej strzelnicy wojskowej, do której prowadzi niepozorny, XIX-wieczny mostek na Sudole. Wszystko wokół wygląda tu na bardzo labilne, niedookreślone, płynne, odstręczające – jak chociażby rozpadające się rudery na terenie ogródków działkowych, do których może i bym zajrzał, gdyby nie spacerowicze z psami.

Trasa biegnie dalej ziemistymi ścieżkami, które płynnie przechodzą w tor crossowy, w pobliżu słyszę jakichś nastolatków na rowerach. Komicznie znowu (jak w Witkowicach) muszę wyglądać na tej trasie na rowerze szosowym, ale co zrobić. Pofałdowany i wyglądający na mocno zaniedbany teren stanowi rodzaj bariery oddzielających żywych i umarłych. Ścieżki są bardzo strome, ale jedna w końcu skutecznie doprowadza mnie w pożądanym kierunku. Zostawiam za sobą cmentarz i dziwaczne ogródki oraz niedorzeczną betonową czapę w na skraju lasu, która kiedyś miała być elementem strzelnicy. Krajobraz ulega diametralnej metamorfozie. Znajduję się na nagle na terenie osiedla, które skrywa kolejną tajemnicę.  

Na przekór logice

Szybka jazda Wawelską i parkowymi alejkami doprowadziła mnie do głównego punktu wycieczki – fortu Batowice. Zaparkowałem przy znaku, odnajdując upatrzone ostatnim razem dogodne wejście na teren fortu. Okoliczności dzisiejszej eksploracji jak i położenie samego fortu są dość zaskakujące.

Wielokrotnie podkreślam upodobanie, z jakim władze komunistyczne bezmyślnie niszczyły austriackie fortyfikacje, motywując to kwestiami ideologicznymi. Tutaj jednak postąpiono zgoła inaczej. Osiedle Złotego Wieku, na terenie którego się znajduję, nie wchodzi zasadniczo w żadną kolizję z fortem, zdaje się funkcjonować obok, wokół niego a nie wbrew niemu. Zadziwia fakt, że urbanistom ten relikt obcego panowania nie przeszkadzał i nie postanowiono go wysadzić, ostentacyjnie na jego terenie lokując blok z wielkiej płyty – może plantowanie terenu byłoby zanadto kłopotliwe? Równie dobrze można było go rozbabrać jak sąsiedni Sudół. Zadziwia mnie ta wspaniałomyślność projektantów, który pozwolili na to, aby fort stał się naturalnym rezerwuarem zieleni dla osiedla, lokując wokół niego alejki spacerowe. Szkoda, że tego typu myślenie o tkance miejskiej nie przyświecało w innych częściach Krakowa. Może wynika to z faktu, że akcja burzenia fortów przypadła przede wszystkim na lata 50., a to osiedle datuje się na lata 1968–1973. Tak czy inaczej dzięki temu mam teraz co zwiedzać. Podobne odczucia zresztą, choć nie tak mocne, miałem w forcie Mistrzejowice.

Paradoks Batowic – żyjące ruiny

Czuję się w miarę dobrze zorientowany w topografii fortu, ponieważ byłem tu już raz. Zamknięte drzwi i zakratowane przejścia do niektórych pomieszczeń nie powinny stanowić problemu, jeżeli się wie, że tunele na ogół mają wejście i wyjście. Udało mi się zwiedzić właściwie większość z tego, co było możliwe do zwiedzenia.

Paradoksem jest, że ktoś próbował kiedyś zabezpieczyć ten fort, nie dbając o to, że do wielu pomieszczeń można dostać się na kilka różnych sposobów. Paradoksem jest wielki austriacki fort artyleryjski pośród geniuszu PRL-owskiej urbanistyki. Paradoksem jest żyjąca swoim mrocznym życiem ruina pośród żywego osiedla, brzydota pośród piękna natury i mój strach, że może jednak ktoś zechce zrobić mi tutaj krzywdę, skoro słyszę tyle głosów dokoła i jestem przekonany o czyjejś nieustannej obecności. Paradoksem jest pakowanie się w najgłębsze, najbrzydsze i najmroczniejsze części fortyfikacji w tak radosny, słoneczny i ciepły dzień. No cóż, najciemniej pod latarnią. W parku trwa nieskrępowana radość istnienia i celebracja wielkanocnego popołudnia, a ja nurzam się w najohydniejszych obszarach ludzkiej egzystencji. Wszystkie te sprawy, jak widać, mogą ze sobą współistnieć na niewielkiej przestrzeni.

W rzeczy samej, ludzi na alejkach okalających fort jest naprawdę sporo. Jest też wiele spacerujących po samym forcie (na ogół ludzie z psami), w pewnym momencie mijam się z całą wielopokoleniową rodziną, która – nie wiem na ile świadomie – znalazła się tutaj, na ile wzięło ich na zwiedzanie fortu, a na ile tylko skracają sobie drogę.

Słyszę tyle ludzi wokół, że nie wiem, kogo się tutaj spodziewać, czy to głosy dochodzące z fortu, z alejek, jakie intencje będą miały napotkane tutaj osoby. Czy ktoś podniesie na mnie rękę w cieniu osiedla? Cóż mi pomoże bliskość tłumu w parku, skoro siedzę w ciemnym tunelu? Być może wielu spacerowiczów celowo ignoruje obecność ruiny, świadomie poruszając się wyłącznie wokół niej, dosłownie omijając ją?

Paradoksalnie czułem się lepiej na odludziu, w ciszy i ciemności. Ta pozorna sielanka tocząca się na powierzchni niepotrzebnie mnie rozprasza bądź usypia moją czujność.

Przestrzeń liminalna

Znanym sobie sposobem zanurzam się w ciemność. Z daleka dochodzą dźwięki zwyczajnego, wesołego życia, podczas gdy ja analizuję wulgarne i satanistyczne graffiti na zabytkowej tkance fortu. Jedno pomieszczenie kaponiery jakby wytapetowane jakąś niemiecką gazetką z ubraniami sprzed kilkudziesięciu lat (?!), a na ziemi leży wybebeszona kasa pancerna czy dwie i resztki ogniska – zastanawiam się, czy właśnie nie stąpam po miejscu przestępstwa. Ewidentnie czuję się intruzem w przestrzeni zawłaszczonej kiedyś przez kogoś.

W innym miejscu kaponiery betonowa laweta armaty (o której nasłuchałem się wiele od przewodników w innych fortach) jakimś sposobem i w jakimś celu została w kawałkach ciśnięta w bok, zaś na jej miejscu powstał olbrzymi dół, w który wrzucono choinki i czarne worki ze śmieciami (mam nadzieję, że tylko ze śmieciami). Moje kroki niosą się ciężkim echem po podziemiach. Wszędzie nieprzebrane ilości śmieci.

Obrazem, który mi pozostanie do końca dnia są porozrzucane staniki pod ścianą z wymalowanym znakiem Polski Walczącej w jednym z pomieszczeń. Trudno jest mi wyjaśnić, co tutaj zaszło. Przechodząc przez okaleczone drzwi dziwi mnie nerwowy lot tam i z powrotem jakiegoś ptaszka – miał uwite gniazdo w futrynie.

W wielu pomieszczeniach ktoś bardzo starał się zakryć oryginalne metalowe otwory strzelnicze deskami, gruzem, śmieciami. W wielu z nich, co szczególnie ciekawe, zachowały się jeszcze metalowe elementy do zamocowania karabinów. Nie sądzę jednak, aby bywalcy tego miejsca znali się na takich szczegółach sztuki fortyfikacyjnej – za wszelką cenę chcieli jednak odciąć pomieszczenie od dopływu światła. 

Zapewne ominąłem kilka elementów, zwiedzając bez planu w ręku, starając się w miarę nie wchodzić w kolizję z innymi obecnymi na terenie fortu i na bieżąco modyfikując trasę. Udało mi się jednak wyrobić ogólne zdanie o całym założeniu, stanie zachowania i innych ciekawych zjawiskach. Trochę czasu spędziłem na fotografowaniu śmieci, mchu i roślinek wyrastających z fortecznych murów.

Co ciekawe fort Batowice był obiektem filmów na kanale Tajemnice Nowej Huty, gdzie Kazimierz Kubrak opowiadał o jakiejś swoistej symbiozie między nim a przebywającymi tu bezdomnymi oraz o przebywaniu w podziemiach jednego z krakowskich fortów „przez trzy dni i trzy noce”. W filmie zatytułowanym W austriackim szambie widać z kolei, jak Kubrak wczołgał się do szamba fortu po stosie szklanych butelek, enigmatycznie wyjaśniając, że z tego pomieszczenia da się dostać gdzieś jeszcze. Co miał na myśli i jaki miałoby to sens – nie mam pojęcia. Wydaje mi się również, że wszystkie otwory wejściowe z poziomu gruntu są zasłonięte betonowymi płytami. Przekonująco za to opowiada, że poza bezdomnymi ukrywały się tutaj również osoby uchylające się od wyroków sądowych. Ciekawe, na ile w świadomości zbiorowej mieszkańców osiedla fort jawił się nie jako zielona wyspa zieleni, ale raczej jako czarna otchłań bezprawia i grozy pośród ich pięknych, kolorowych bloków.

Gdzie ta Reduta?

Dla niedzielnych spacerowiczów moja sylwetka nieoczekiwanie wynurzająca się na alejkę z zarośli musiała wyglądać komicznie albo niepokojąco. Przystąpiłem do roweru i zacząłem analizować dalszy ciąg trasy. A ponieważ nic nie jadłem od dłuższego czasu, z radością odkryłem w swoim plecaku całą paczkę suszonych daktyli. Gdy szczelnie wypełniłem sobie nimi usta, nieoczekiwanie podszedł do mnie jakiś starszy pan w chustce na głowie, prowadzący srebrzystą hulajnogę. Zagadując mnie o rower, zaczyna wywód na temat opon bezdętkowych i płynących z nich korzyści. To zaskakujące, byłem dzisiaj w tylu dziwnych miejscach, a jedyna interakcja z innymi ludźmi ma dotyczyć akurat opon rowerowych. Mam wrażenie, jakby tego człowieka przysłał mój ojciec, który uwielbia zaczynać ze mną tego typu tematy w najmniej oczekiwanych momentach. Zakończyliśmy rozmowę złośliwymi uwagami na temat rowerów elektrycznych i każdy z nas odjechał w swoją stronę.

Niebywale przyjemnie zjeżdżało się ulicą Zjazdu Gnieźnieńskiego ze świadomością, jak bardzo umęczyła mnie kiedyś w czasie wyprawy z Adamem. Tej samej, gdy w ramach mojego zainteresowania krakowskimi rzekami analizowałem poziom zagospodarowania brzegów Sudołu Dominikańskiego, który momentami dość pozytywnie mnie zaskoczył. Dzisiaj ten element wycieczki pokonuję dość szybko i powierzchownie. Kieruję się w stronę Parku Reduta, który swego czasu zasłynął z niecodziennej liczby ławek i koszy na śmieci.

Gdzież jednak owa reduta, od której nazwę bierze ulica i park? Przecięty na pół polem uprawnym szaniec IS V-6 tkwi otoczony alejkami spacerowymi jako niedorzeczne kuriozum. Niemy patron parku pozostaje na całkowitym uboczu, choć wokół niego wszystko tętni życiem. Zadrzewiona nierówność terenu tuż pod oknami nowiutkiego osiedla razi masą śmieci, co zupełnie nie licuje z elegancją względnie nowego parku i towarzyszącego mu budownictwa. Robię parę zdjęć, na których próbuję uwydatnić ten kontrast. Niestety brak jakiejkolwiek informacji o związku tej terenowej anomalii z przestrzenią i jej nazewnictwem. Szaniec był tutaj wcześniej, reszta jest wtórna – choć oczywiście przy przekształceniach przestrzeni z pozoru wydaje się, że było na odwrót, to relikt przeszłości wygląda nieprzystająco do reszty i tworzy dysonans.

Z perspektywy spacerowiczów musiałem wyjść na kogoś, kto z oczywistych powodów zostawia rower pod drzewem i idzie w krzaczki, choć może w przestrzeni publicznej przy takim zagęszczeniu ludzi i osób nie wypada. Nikt nie wie, że idę tam – szukać sensu, którego oni nie dostrzegają; struktury, którą mało kto już potrafi przeczytać.


[1] http://kaponiera.pl/5/sudol.html.

Kiedy cegła staje się rękopisem. Ślady obecności na Pasterniku

Fragment archiwalnej mapy wojskowej Twierdzy Kraków (Festung Krakau) z ok. 1900 roku. Arkusz Blatt 14 Rząska przedstawiający Fort Pasternik, Fort Podchruście oraz baterię towarzyszącą B3 Pasternik.

Schron na złom?

W ramach ponownych wizyt w obiektach krakowskiej twierdzy postanowiłem tym razem ponownie przyjrzeć się baterii towarzyszącej B3 Pasternik, sąsiadującej z cmentarzem w Rząsce. Miałem okazję zwiedzić ją pobieżnie z Adamem któregoś lata (zeszłego? Już tracę rachubę…), gdy wobec wszechobecnych chaszczy trudno było cokolwiek dojrzeć i się przemieszczać.

Pędzę więc tradycyjnie Łokietka, dalej ulicą Gaik, mały skrót przez lasek z boiskiem Klubu Sportowego Bronowicki, by po krótkiej regeneracji w Action przy Jasnogórskiej znaleźć się na Chełmońskiego i dalej na Ojcowskiej. Urzekają mnie tutejsze resztki dawnej drewnianej zabudowy Bronowic, które prędzej czy później będą musiały ustąpić nowszym budynkom.

Moim pierwszym przystankiem był schron amunicyjny Podchruście (GMM 6), jeden z kilkunastu tego typu obiektów w całej twierdzy. Cegła na fasadzie uległa takiemu zniszczeniu, jakby ją ktoś ostrzelał z moździerza. Jest to dla mnie o tyle szokujące, że poznając schrony pogotowia baterii znajdujących się w sąsiedztwie, niejednokrotnie podziwiałem niemal gładkie i błyszczące w słońcu lica cegieł, jakby dopiero ktoś je ułożył, tutaj absolutnie ta prawidłowość nie zachodzi.  

Pozbawiony płaszcza ziemnego i przerobiony zapewne na jakąś rupieciarnię schron prezentuje się nieco przytłaczająco. Niestety na jego prawym barku ktoś dostawił szpetną przybudówkę z pustaków, która pasuje tutaj jak pięść do nosa.

Pamiętam, że podczas ostatniej wizyty w tym miejscu tak intensywnie dyskutowaliśmy z Adamem przed zamkniętą, oryginalną (!) bramą schronu, że aż wyszedł nam naprzeciw sam właściciel obiektu, prowadzący tutaj chyba jakiś warsztat samochodowy, hurtownię czy cokolwiek innego. Musieliśmy wyglądać na bardzo podejrzanych i niebezpiecznych, zapewne trzeba było liczyć się z faktem, że wywieziemy cały schron cegła po cegle w sobie tylko znanym kierunku (już jeden schron potraktowano jak klocki LEGO, przenosząc go w nową lokalizację – GMM 12 Dłubnia). Starszy mężczyzna zapewniał nas wówczas, że wszystko tu jest oryginalne (rzeczywiście, schron miał o tyle szczęścia, że zachował metalowe okiennice i bramę). Tym razem jednak nikt nie wyszedł na spotkanie ze mną – zrobiłem parę zdjęć i pojechałem dalej.

Paradoksy cmentarnego sąsiedztwa

Dalej trasa biegnie Okrężną i Starego Dębu, by koło wjazdu na doskonale mi znany poligon na Pasterniku (w archiwum czeka tekst o tym, jak złożyłem na nim swoją ofiarę bóstwu Subordynacji) przejechać pod estakadą i znaleźć się na terenie małego cmentarza w Rząsce. Postanowiłem przejść przez środek nekropolii i tylną furtką dostać się na teren baterii.

Na cmentarzu moją szczególną uwagę zwróciła dość nieudolnie wykonana figura Chrystusa z blachy, którego twarz prezentuje dość przykre zmęczenie i zażenowanie, a nieumiejętnie wymodelowane włosy wyglądają bardziej jak sprężyny czy posklejany makaron niż jak przyzwoitej jakości dzieło sztuki funeralnej.

Za ogrodzeniem rozpościera się bateria towarzysząca B3 Pasternik. Formy ziemne są dość czytelne w terenie, niestety wszędzie walają się nieprawdopodobne ilości śmieci. Zachowały się wszystkie trzy schrony pogotowia w całkiem niezłym stanie. Niestety jeden z nich został przerobiony na wysypisko śmieci i nawet nie odważyłem się do niego wejść, wnętrze zawalone było wszelkiej maści syfem tak do połowy wysokości.

Uderzyło mnie to już przy pierwszej wizycie w tym miejscu. To dość znamienne, że nawiedzających tę poświęconą ziemię nie razi fakt, że stare znicze czy wiązanki zdjęte z grobów i przerzucone na drugą stronę ogrodzenia cmentarza szpecą i niszczą zieleń? Czy percepcja tych osób ograniczona jest wyłącznie murami nekropolii i ważne, żeby tylko groby były uporządkowane, a poza tą sakralną przestrzenią może już się dziać cokolwiek? To dla mnie dość oburzające i krótkowzroczne.

Przemierzając baterię co chwilę potykam się o porzucone buty, ubrania, plastikowe doniczki, wypalone wkłady, butelki, pełno zniczy i sztucznych kwiatów, na drzewach pozawieszane szmaty. Jeden ze schronów, jak wspomniałem, został przerobiony na śmietnik – mimo to śmieci walają się po całym zagajniku porastającym to dzieło obronne. Pozostałe dwa schrony pogotowania prezentują się nieco lepiej. Podziwiam, jak wysokie drzewa urosły na stropodachach.

Tożsamość zapisana w cegle

Analizując schron znajdujący się skrajnie po prawej stronie założenia, zatem najbliżej fortu Pasternik, gdzieś mignął mi czarny napis z podpisem jakiejś osoby: „Deszcz – CZARKA TAŚ – TAŚ TADEK (CIPAK [?]) 27 V 48”. Przypomniałem sobie wówczas, że faktycznie nie tylko turyści, ale i żołnierze służący w fortach mieli w zwyczaju pozostawiać swoje podpisy na cegłach fortów. Prezentowano mi takie chociażby podczas ostatniego oprowadzania w forcie św. Benedykt przed jego remontem, ujawniłem sporo takich podczas samotnej wycieczki na kaponierze obrony wjazdu fortu Lasówka (niestety trzeba było się sporo natrudzić, próbując je dojrzeć pod wszechobecnym graffiti).

Oprowadzający po Benedykcie martwili się, czy podpisy nie znikną po remoncie fortu. Jeden ze znajomych, któremu to relacjonowałem, twierdził, że tego typu artefakty nie mają żadnej wartości historycznej i nic byśmy nie stracili, gdyby je zniszczono (i mówi to historyk, specjalista od dziedzictwa!). Inny – również historyk –  kontestował w ogóle zasadność zachowywania jakichkolwiek fortów na terenie Krakowa, może wspaniałomyślnie należałoby zostawić jakiś jeden dla przykładu (tego nie będę nawet komentował).

Tymczasem dla mnie te podpisy to jeden z najbardziej ludzkich, głęboko humanistycznych momentów w zwiedzaniu fortyfikacji. Czyjaś tożsamość, czyjś namacalny ślad utrwalony w cegle. Nie mam pojęcia, kim były te osoby, ale wiem, że z jakichś względów postanowiły uwiecznić się w ten oto osobliwy sposób. Kto wie, czy w przypadku niektórych nie będzie to jedyny bądź jeden z niewielu śladów (poza metrykami) bytności na tym świecie? Nie wiem o tych osobach nic poza tym, że pewnego razu postanowiły wyryć swoją tożsamość na austriackich cegłach, które po stu latach jeszcze (wbrew kolegom historykom i PRL-owskim burzymurkom) stoją na swoim miejscu, dzięki czemu mogę je teraz podziwiać i głowić się nad antropologią podpisu w fortyfikacyjnej cegle w ramach marcowego popołudnia. To właściwie krytyka genetyczna, tylko materią nie jest kartka i pióro/ołówek, lecz czerwona cegła i jakiś rylec, nożyk.

Zacząłem więc szukać, przyglądać się każdej cegle. Dość szybko moja dociekliwość została nagrodzona. Przeżyłem mały wstrząs, bowiem ujrzałem wyrytą w cegle datę 1940, nieco nad nią „JESZCZE P[olska]” i data 1942. Czyżbym trafił na jakieś patriotyczne uniesienie z samego serca niemieckiej okupacji, utrwalone w austriackiej cegle? Zakładając autentyczność napisu – tak. Na tej samej ścianie inicjały TK, data 1922. Patrzę dalej: „W Büss in Desloch [?]”, „40958 Bzuandel Julian [?]”…

Pasternik – gdzie leży prawda?

Zastanawiają mnie te okupacyjne daty. W 1941 niemieckie władze okupacyjne poszerzyły granice Krakowa między innymi o Tonie, Bronowice Małe i Bronowice Wielkie, w lesie niedaleko znajduje się postument z herbem Krakowa (pozbawiony swastyki w miejscu orła w otwartej bramie), będący dawną formą „witacza”. Następnym razem zamierzam mu się dokładnie przyjrzeć. Analogiczny, przy skrzyżowaniu ulic Myślenickiej i Łężce, jest łatwiejszy do zobaczenia…  

Nie są mi znane losy baterii w czasach okupacji niemieckiej, ale kto by ryzykował zjawianie się tutaj i rycie w cegłach tuż przy eksponowanym wjeździe do miasta? Czy sam fort był przez całą okupację obsadzony przez Niemców i ktoś pod ich nosem pisałby po ścianach? Być może kiedyś uda mi się dowiedzieć o tym więcej.

Jest to o tyle ciekawe, że w opracowaniach dotyczących twierdzy nadal pokutuje narracja żywcem z PRL-u, wpisana w mitologizującą narrację „manewru, który ocalił Kraków”. Jak bowiem czytamy: „W 1944 roku Niemcy zlokalizowali tu [w forcie Pasternik] centralę minerską, za pomocą której planowali wysadzenie w powietrze większości najcenniejszych krakowskich zabytków i obiektów użyteczności publicznej. Dzięki ruchowi oporu i krakowskim patriotom do tej zbrodni nie doszło”[1].

Krytyka genetyczna i palimpsest miasta

Przyglądam się tym cegłom i przyglądam, aż w końcu naprawdę mnie zamurowało. Schron pogotowia posiada na swojej fasadzie kamienną wnękę, nad którą eleganckie zwieńczenie wykonano z cegieł. I właśnie przyglądając się tym cegłom nad wnęką zauważyłem, że niemal na każdej z nich wydrapano jakiś podpis, tak jakbym miał przed sobą rozłożoną niczym wachlarz talię wizytówek. Przy jednym podpisie data 30 VI 1945,  obok 29 VI 45 r., na innej nazwa Lida z podkreśleniem, a ja jeszcze innej wręcz starannie wykaligrafowane: „Anton Deuz[…] Altenmarkt a/d Ysper[tal]”.    

Wracałem przez Bronowice z poczuciem satysfakcji. To popołudnie utwierdziło mnie w przekonaniu, że rygor badawczy wypracowany w ciszy archiwów z pełnym sukcesem znajduje zastosowanie w zgoła odmiennych realiach. Jeśli rękopis jest zapisem procesu twórczego, to lico austriackiej cegły, naznaczone podpisem żołnierza czy turysty sprzed kilkudziesięciu lat, staje się taką samą kartą z dziejów ludzkiej obecności.

Nie ma dla mnie aż takiej różnicy w powadze analizy skreślenia w wierszu czy analizy rytu na murze fortu. W obu przypadkach szukam tego samego: namacalnego śladu człowieka, który rzuca wyzwanie zapomnieniu. Humanistyka terenowa, uprawiana w chaszczach Pasternika, dała mi dzisiaj cenną lekcję uważności i cierpliwości.


[1] H. Łukasik, Twierdza Kraków znana i nieznana. Przewodnik turystyczny, cz. II: Odcinek zachodni i południowy. Od traktu Olkuskiego do dolnej Wisły, Kraków 2001, s. 38. Podobnie wypowiada się na ten temat J. Bogdanowski, Warownie i zieleń Twierdzy Kraków, Kraków 1979, s. 253.

Grobowiec z recyklingu, prochownia dla rowerzystów. Tajemnice Marszowca i Witkowic

Fragment austriackiej mapy wojskowej Twierdzy Kraków (Festung Krakau) z przełomu XIX i XX wieku. Skan arkusza Blatt 9 Gebułtów prezentujący umocnienia V obszaru warownego i grupę Marszowiec w skali 1:10 000.

Powroty

Dzisiejsza wycieczka była częściowo kontynuacją i powtórzeniem co najmniej dwóch innych, zrealizowanych w towarzystwie zupełnie innych osób na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat. Wiele się od tego czasu pozmieniało z wyjątkiem jednego – imperatywu odkrywania przestrzeni. Zmieniły się osoby towarzyszące, poprawił się sprzęt umożlwiający przemieszczanie się i dokumentowanie odkryć.

Obszarem moich zainteresowań był niezwykle bogaty w różne dzieła obronne V obszar warowny Twierdzy Kraków. Przez litość przemilczę zabudowę Zielonej i okolicy Trasy Wolbromskiej. Ulica Zielone Wzgórze zaintrygowała mnie wielokrotnym informowaniem mnie poprzez znaki, że co chwila, poruszając się jedną ulicą, na zmianę wjeżdżam i wyjeżdżam z Zielonek.

Dalej zaintrygował mnie mostek na Prądniku, którego kratownica wygląda zupełnie tak samo jak mostu na Rudawie na Piastowskiej (tylko ta nie jest pomalowana na żółto). Wsłuchuję się w szum wody, analizuję jej poziom pod kątem spływu kajakowego (to chyba dość trudne, wygląda tak, jakby sięgała co najwyżej kostek), z zainteresowaniem przyglądam się wielkiemu staremu drzewu.

Przede mną rozpościera się niezwykle przyjemny widok obszernego pola obsianego niską, elegancką trawką. Wygląda to jak wielkie boisko albo Błonia. Wg mapy to pola witkowickie.

Od tragicznej eksplozji do nastoletniej beztroski

Mapa następnie informuje mnie, że niewielki zagajnik w pobliżu jest miejscem po dawnej prochowni w Witkowicach, która eksplodowała 5 czerwca 1927 roku. Zajeżdżam ścieżką z lewej strony, którą prowadzi idący nie wiadomo dokąd i nieznany mi dotychczas szlak rowerowy. W zaroślach widzę grupkę nastolatków na crossach. Nie chciałem ich peszyć ani im przeszkadzać, niemniej jednak to miejsce było istotnym punktem mojej wycieczki, dlatego nie mogłem sobie odmówić spotkania z tym miejscem i jego aktualnymi użytkownikami.

Wjeżdżam w zagajnik. Musiałem wyglądać niedorzecznie i dość zaskakująco: jakiś nietutejszy na szosowym rowerze, skórzany plecak… Pod drzewem chłopcy zebrali swoje plecaki i jakieś przekąski. Przede mną wyrosły nagle skocznie i tory, zagajnik otoczony zewsząd wałami przedstawiał dość przytłaczający widok – ziemia przeorana jak po ostrym ostrzale, pełno nierówności terenu, na które nałożyły się dalsze przeobrażenia fanów sportów wyczynowych.

– Dzień dobry! – wita grzecznie chłopak.

– Dzień dobry! Przejadę tutaj? – pytam, analizując hopki i skocznie zbudowane z ziemi.

– Dobrze – odpowiada, biorąc moje pytanie za stwierdzenie, któremu nie powinien się sprzeciwiać.

Próbuję ogarnąć wzrokiem ten dziwaczny teren. Zapuszczam się w głąb rzadkiego lasku, będąc nadal w zasięgu wzroku chłopców. Obejmuję wzrokiem wały, robię parę zdjęć, wracam do punktu wyjścia.  

–A Pan potrafi skakać? – pyta jeden z nastolatków.

Zaskoczyło mnie to pytanie. W tym miejscu robię szybkie wyjaśnienie, że mój rower niezbyt jest przystosowany do takich akcji (choć w sumie dużo już ze mną przeżył, może należało spróbować), tłumaczę, że znalazłem się tu trochę przez przypadek, nie znam trasy i że życzę im dobrej zabawy. Oddalam się. Poza wałami nie zlokalizowałem żadnej resztki prochowni: nawet cegieł, fundamentów, nic.

Mijam jeszcze dwóch innych nastolatków, wspinających się na coś w rodzaju szałasu zbudowanego na zboczu wału, grzecznie się ze mną witają. Pod jednym z drzew ze zmasakrowanym pniem znajduję mocno zardzewiałą siekierę, może ktoś nią rzucał w to drzewo? Wyjeżdżam z zarośli dokładnie w miejscu, gdzie postawiono wyblakłą już tabliczkę Szlaku Twierdzy Kraków.

Chłopcy są dla mnie wyrzutem sumienia, że nadal nie opublikowałem tekstu o dziwnych i zabawnych interakcjach, jakie miewałem w ciągu ostatnich lat w obiektach fortecznych, w tym również z nastolatkami. Jednocześnie myślę o tym, że to bardzo ciekawe, że dawne miejsce tragicznej eksplozji, o której chłopcy nie mają pewnie pojęcia, żyje nowym życiem w dość specyficzny sposób.

Fragment archiwalnej mapy austriackiej Blatt 15 Witkowice (Festung Krakau). Widoczne nieistniejące już budynki prochowni w Witkowicach, zniszczone w wyniku eksplozji w 1927 roku. V sektor/obszar warowny Twierdzy Kraków.
Spezial-Übersichts-Plan von Krakau Festungs-Umgebungs-Plan. Blatt 15 Witkowice (fragment) – widoczne budynki dawnej prochowni (14 i 15).

Po niewydeptanych ścieżkach

Ulicą Dożynkową dojeżdżam na skraj zabudowań dawnego szpitala okulistycznego. Drogowskaz wskazuje na bardzo słabo czytelną ścieżkę między polami do szańca piechoty IS V-2. Znamienne, że dróżka prowadzi wzdłuż bardzo charakterystycznych resztek ogrodzenia, którego kształt zawsze będzie mi się kojarzyć z parkingiem pod Biprostalem czy torowiskiem tramwajowym do Bronowic.  

Zanim jednak trafiłem na teren szańca, pośród drzew odnalazłem bardzo niedorzeczne ruiny kawałka domu ze studnią głębinową, belami drewna robiącymi za resztki ogrodzenia. Chylący się stos cegieł, jakby wręcz przeczący grawitacji, pękający pod własnym ciężarem strop i dziwaczny kształt domu (wyglądało to na jedno małe pomieszczenie z pięterkiem, jakby reszta budynku została wyburzona, odcięta, pozostawiając absurdalne pod kątem przestrzennym i funkcjonalnym resztki) dawał mi sporo do myślenia.

Przed wejściem w chaszcze, spacerując jakimś opustoszałym sadem, z impetem wzbija się w powietrze stado bażantów. Mimo wczesnej wiosny teren jest mocno zarośnięty, w oddali majaczą blokowiska, słychać nieustanny szum aut z pobliskiej północnej obwodnicy Krakowa. Spędziłem trochę czasu, skacząc po wałach szańca i próbując objąć wzrokiem całe założenie.

Fortyfikacja funeralna: schron, który stał się kostnicą

Po powrocie do Dożynkowej przeskoczyłem na drugą stronę drogi i zacząłem analizować przez rozpadające się ogrodzenie schron amunicyjny Marszowiec, który przerobiono niegdyś na kostnicę szpitalną. Jestem niemal pewien, że na jednej ze starych stron internetowych poświęconych Twierdzy Kraków widziałem zdjęcie jego wnętrza z kamiennym stołem sekcyjnym umieszczonym pośrodku. Makabryczny widok, chciałoby się rzec, że twierdza żyje, gdy jej obiekty pełnią nowe funkcje, ale może w tym wypadku nie jest to właściwe określenie.    

Pędzę Dożynkową. Samotna wyspa drzew pośród pól w pobliżu północnej obwodnicy to szaniec IS V-1, który miałem okazję odwiedzić ostatnio z Adamem, więc tym razem sobie odpuściłem. Po chwili minąłem ulicę Wichrowe Wzgórza i znalazłem się na terenie cmentarza w Bibicach.

Wieczne schronienie

Powinienem jednak napisać, że tak naprawdę znalazłem się na terenie baterii towarzyszącej B1 Marszowiec. Kto by jednak pamiętał o tym, że to dawna fortyfikacja austriacka? Trzy ceglano-kamienne schrony pośród grobowców wyglądają dziwacznie i mocno przypadkowo. Mamy tu do czynienia z zupełnie inna sytuacją niż w przypadku baterii B3 Pasternik, która znajduje się tuż za ogrodzeniem cmentarza w Rząsce, a jakoś nie została przerobiona na nowy, kreatywny element nekropolii.

Centralnie umieszczony schron pogotowia już jakiś czas temu został zaadaptowany na grobowiec księży, w którym aktualnie spoczywa jeden z proboszczy. Czuję ogromny dysonans, patrząc na tę zaskakującą i radykalną zmianę funkcji budowli. To tak, jakby ktoś zimnowojenny schron przeciwlotniczy postanowił przekształcić na rodowe mauzoleum, a betonowy słup Fallkörpersperre na kapliczkę. Przed schronem wymurowano eleganckie schodki, rozwieszono metalowy łańcuch, całkowicie modyfikując jego kontekst przestrzenny. Z daleka założenie wygląda bardziej jak ogródek skalny.

Rozglądam się – schron po stronie wschodniej zachował się w oryginalnym kształcie (zapewne do czasu), zachodni – jest zagrodzony i właśnie trwają przy nim prace. Jestem pewien, że lata temu zaglądałem do niego i był jakimś schowkiem na miotły i zdemontowane z grobowców stare krzyże.

Tablica informuje mnie, że przedmiotem robót jest „remont konserwatorski oraz rekonstrukcja fragmentu umocnień”. Doprawdy, trudno o bardziej kuriozalny tekst. Schron może i wygląda na bardziej zadbany i czystszy, ale uwydatnienie wejścia poprzez usunięcie oryginalnej betonowej przelotni, udokumentowanej na zdjęciach tego obiektu sprzed lat, czy też wprawienie w centralnym punkcie kamienia z sentencją JA JESTEM ZMARTWYCHWSTANIEM I ŻYCIEM trudno nazwać rekonstrukcją, tylko całkowitą zmianą przeznaczenia obiektu. Obiektu, który ewidentnie szykowany jest na kolejny grobowiec, tymczasem z tabliczki można by wysnuć błędne całkiem przypuszczenie, że baterii z jakichś względów jest przywracana zdolność bojowa, należałoby zatem oczekiwać przywrócenia wałów i stanowisk dla dział.

Udaję się do trzeciego schronu, z jednej strony przelotnia zarosła cierniami, z drugiej była lekko przysypana, ale i tak jakimś cudem się tam wślizgnąłem. Wnętrze prezentowało obraz przykrej rupieciarni, dzikiego wysypiska śmieci, na którym znalazło się wszystko – od puszek z piwem po znak drogowy. Przyglądam się cegłom i dostrzegam nagle duże nagromadzenie wielkich, czarnych mrówek. Patrzę uważnie i widzę, jak niekończące się szeregi maszerują bez wytchnienia po wewnętrznej i zewnętrznej stronie muru. Czuję się wręcz przytłoczony ich ilością, co motywuje mnie do wyjścia.   

Niesamowicie daje mi do myślenia funeralna funkcja obiektów, które miałem okazję widzieć, ta intrygująca redefinicja kontekstu i przeznaczenia miejsc, które służyły zadawaniu śmierci, a nie jej celebrowaniu.

Opuszczam cmentarz, próbując zrozumieć lokalne gusta i podejście do dziedzictwa twierdzy, wprzęgniętego w dziedzictwo śmierci.  

Paradoksy Marszowca

Żeby przekonać się o tym, jak naprawdę powinno wyglądać tego typu dzieło fortyfikacyjne, znalazłem się na drugim, lewym barku fortu.

Bateria B3 Marszowiec to podobno najlepiej zachowane tego typu dzieło. Bardzo czytelne linie wałów i osadzonych w nich schronów dają dobre wyobrażenie o kształcie i przeznaczeniu tego miejsca.

Zwracam uwagę, że przyzwyczajony byłem podczas ostatnich wycieczek do poruszania się po odludziach, tymczasem tutaj bateria znajduje się w sąsiedztwie bardzo ruchliwej drogi, dokładnie naprzeciwko domów i sklepu spożywczego – mimo to nie miałem żadnego towarzystwa.

Jeden ze schronów ewidentnie jednak robi za mieszkanie, o czym świadczy koc rozwieszony w wejściu, prowizoryczne ławki i legowiska z jakichś materiałów, w innym z kolei ziemia pod nogami bez przerwy chrzęściła od potłuczonego szkła.

Obrazem, który towarzyszył mi, opuszczając to miejsce, był częściowy jeszcze napełniony powietrzem balon w kształcie duszka, jakby groteskowy komentarz do tego, czego doświadczyłem chwilę temu.

Szkoda, że fort nie może znajdować się w otoczeniu dwóch tak dobrze zachowanych baterii, niestety jedna jest zachowana w stanie niemal doskonałym, podczas gdy druga, bliźniacza, została tylko karykaturą. Nie można mieć wszystkiego.  

Ostatnim akordem wycieczki będzie podziwianie architektonicznej mozaiki Witkowic w czasie brawurowego zjazdu Dożynkową. Na Górnickiego przykuwa moją uwagę żuk na zabytkowych tablicach, zza którego wyłaniają się interesujące zabudowania dworu na Górce Narodowej, przerobionego na PGR.

Archiwalna fotografia czarno-biała z czerwca 1927 roku przedstawiająca potężne zniszczenia po wybuchu prochowni w Witkowicach pod Krakowem. Na pierwszym planie  gruzowisko.
Wybuch prochowni w Witkowicach pod Krakowem. Zniszczenia spowodowane eksplozją oraz akcja ratunkowa. Narodowe Archiwum Cyfrowe, zespół: Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji, sygn. 3/1/0/7/760, 1927 r. Materiał w domenie publicznej.

Geografia absurdu. Piknik w cieniu wielkiego pieca

Wizualizacja modernistycznego godła kamienicy Tańczące Dzieci (Zwierzyniec) w kolorach granatu i złota. Ilustracja symboliczna do eseju o pętli tramwajowej Walcownia w Nowej Hucie, stanowiąca metaforę sielanki w przestrzeni industrialnej.

Gdybym miał wskazać moment, w którym ostatecznie pękła moja definicja miejskiego performansu, wskazałbym ten jeden, konkretny kadr: sielankowy koc rozłożony precyzyjnie między rdzewiejącymi szynami, w samym sercu industrialnego piekła. Jeśli kiedykolwiek odważę się na własną „humanistykę somatyczną” w mieście, jej źródło będzie biło między innymi tam. Zanim jednak nastąpiło to, co będziemy wspominać przez lata, musieliśmy przebyć długą drogę przez tkankę miasta, które nieustannie przepisuje i nadpisuje samo siebie.

Audyt rowerowy

To był dla nas naprawdę intensywny dzień.

Przejechaliśmy wzdłuż niemal całe miasto, żeby szukać śladów przeszłości i obietnic przyszłości, to znaczy zinwentaryzować istniejące do dzisiaj w strukturze miasta, pozbawione pierwotnego kontekstu, relikty kocmyrzówki. Temat na osobny tekst, który wkrótce zostanie wydobyty z archiwum, ale ta mozolna praca w terenie była niezbędnym preludium do tego, co miało nadejść. 

Nasze poszukiwania zapędziły nas daleko na wschód miasta. Skorzystaliśmy z okazji, by z perspektywy siodełka przeanalizować postępy prac przy gigantycznych inwestycjach: węźle mistrzejowickim i nowym odcinku S7. Trudno było mi rozpoznać to miejsce – krajobraz, który utkwił mi w pamięci sprzed budowy, został brutalnie nadpisany przez nową infrastrukturę. Przy okazji miał tu miejsce pewien zabawny incydent, o czym wspomnę przy innej okazji.

Z pętli Wzgórza Krzesławickie, której remont również miał się wkrótce zacząć albo już wtedy trwał, pojechaliśmy na stację kolejową Kraków Lubocza, gdzie dywagowaliśmy o jej przyszłej roli w systemie kolei aglomeracyjnej. Na razie jednak panowała tu absolutna pustka.

Dopiero stamtąd, nasyceni widokiem miasta w budowie, postanowiliśmy udać się na pętlę tramwajową Walcownia. Adamowi zależało na konfrontacji z tym miejscem z uwagi na jego nietypowość na planie Krakowa.

W mieście, w którym panuje ciągły niedobór infrastruktury tramwajowej, średnio kilka razy w roku lokalna prasa karmi nas wizualizacjami linii będących w planach od kilkudziesięciu lat, mamy odcinek torów z paroma przystankami, po którym nic nie jeździ, i pętlę wyłączoną z użytku. Gdy inne dzielnice modlą się o możliwość jazdy „na przedniej platformie tramwaju”, tutaj torowisko zostało dosłownie porzucone i pozostawione same sobie. Dość paradoksalna sytuacja. Postanowiliśmy osobiście skonfrontować się z tym fenomenem.

Cmentarzysko torów

Przecisnąwszy się rowerami przez korki na Blokowej i Łowińskiego, spowodowane budową węzła, po czym znaleźliśmy się na Mrozowa (czy jak niektórzy chcą: Mrozowej).

To jedna z najdziwniejszych ulic w mieście, jakie widziałem. Pośród industrialnego piekła wpadamy na aleję obrośniętą rozłożystym starodrzewiem, z jednej strony flankowaną rozpadającymi się torami tramwajowymi z wiatami przystankowymi i słupami trakcyjnymi, z drugiej rurociągami i absurdalnie dużą, ciągnącą się w nieskończoność halą.

Zagadkowa jest także jej etymologia, o której rozbieżnie informacje można znaleźć w internecie: niektórzy kojarzą ją z bliżej nieznanym inżynierem kombinatu, jeszcze inni z mrozem. Faktycznie, w pobliżu znajduje się ulica Burzowa (parę kilometrów dalej, za kombinatem, również Deszczowa), co tworzyłoby ciekawy zaułek ulic o nazwach związanych ze zjawiskami pogodowymi, ale przecież, jak przytomnie podkreślają internauci, przymiotnik od mrozu to mroźny. Mamy zatem dziwacznie wyglądającą ulicę, która utraciła świadomość własnej tożsamości i własnego desygnatu – ciekawy kontrast dla ulic, które w swoich nazwach zachowały nieistniejący już desygnat (ul. Pod Forem i nieistniejący niestety fort reditowy 9 Krowodrza – odkrycie, o którym z Adamem już nieraz mieliśmy okazję mówić na konferencjach).

Jazda ulicą Mrozowa to jak przekroczenie granicy światów. Szpaler starych topól to architektoniczny żart socrealistycznych planistów. Ustawili je w karnym szeregu, jakby miały udawać aleję wjazdową do szlacheckiego dworu. Ale na końcu tej osi nie czeka żaden pałac, lecz rozpadająca się pętla. To dworski park dla suwnic i wielkich pieców, po którym nie jeżdżą karety, lecz tiry. Zresztą, widział ktokolwiek aleję prowadzącą do dworu, wysadzaną drzewami, której towarzyszyłoby torowisko tramwajowe?

Na końcu niedorzecznej alei czekała na nas nagroda – niedorzeczna pętla, cmentarzysko torów. Rozpadające się sygnalizatory, rdzewiejące słupy trakcyjne ze zwisającymi kablami. Adam przystępuje do dokumentacji, ja tymczasem chłonę ten przedziwny, zdegradowany, postapokaliptyczny krajobraz. Patrząc na rdzewiejące słupy i sygnalizatory, torowisko zachłannie zagarniane przez trawę i wszechobecne, przytłaczające zakłady przemysłowe, czuję się niemal jak na urbexie w Czarnobylu.

Kto by się spodziewał, że mamy przed sobą scenę, na której rozegra się zaraz pierwszorzędne widowisko, a my swoim przybyciem zakupiliśmy bilety w pierwszym rzędzie.

Błąd w Matrixie: piknik pod wielkim piecem

Stojąc przy samym wjeździe, spostrzegliśmy, jak dosłownie znikąd na pętle wmaszerowuje dwoje ludzi pchających dziecięcy wózek.  Zatrzymują się na środku trawiastego kółka opasanego martwymi szynami i jakby nigdy nic przystępują do piknikowania. Rozsiadają się na kocu, nie pamiętam, czy małe dziecko od początku maszerowało z nimi za rączkę, czy zaczęło biegać wokół koca z jedzeniem dopiero po wyjęciu z wózka, to nieistotne. Po jakimś czasie chyba zaczęli bawić się piłką, na co patrzyłem z pewnym rozrzewnieniem. Przyglądaliśmy się temu niecodziennemu zjawisku w milczeniu, nie wchodząc w żadne interakcje z niezapowiedzianymi przybyszami.

Wokół pohukiwały tiry, narzędzia i cała masa otaczającego nas żelastwa.

To nie był żaden artystyczny performans. Pośród przytłaczających zakładów przemysłowych toczyła się najzwyklejsza, sielankowa scena rodzinnego popołudnia.

Postanowiliśmy nie przerywać tego fenomenu i oddaliliśmy się na rowerach od tej niedorzecznej sceny równie niedorzeczną scenografią, jaką jest ulica Mrozowa. Podczas jazdy analizowaliśmy jeszcze stan torowiska i wiat przystankowych wzdłuż ulicy, by odjechać stamtąd już na dobre.  

Geografia absurdu

Pośród industrialnego piekła toczy się ta niewytłumaczalna dla mnie sielanka. Gdyby to był trawnik w środku Parku Jordana czy środek Błoń, nic by mnie nie dziwiło, ale ten zdegradowany, nietrakcyjny sztafaż absolutnie nie pasuje mi do popołudniowego pikniku.

Adam pokaże na swoich zajęciach, że wbrew pierwotnym założeniom badawczym, pętla jest nadal w użyciu, tylko na trochę innych zasadach, niż można by oczekiwać. Przyjechaliśmy tam badać cmentarzysko infrastruktury, a dostaliśmy lekcję o witalności miasta. Życie nie znosi próżni. Nawet w scenerii postapokaliptycznej niczym ze Stalkera, zwyczajność potrafi „zhakować” przestrzeń i nadać jej nowy, ludzki sens.

Mało brakowało, a Walcownia pozostałaby w moich notatkach jedynie jako klasyczny przykład nie-miejsca. Gdyby nie ten niepozorny epizod, nie miałbym w ogóle ochoty opisywać naszej wycieczki, nie byłoby w niej raczej nic nadzwyczajnego poza inwentaryzacją pewnej części miasta, która z naszego punktu widzenia była interesująca.

Do mojego słownika „piknik na pętli Walcownia” przejdzie jako określenie czegoś absolutnie niespodziewanego, absurdalnego, niedorzecznego, ale jednocześnie zmuszającego do refleksji. Jako przykład działania, które umyka prostym kategoryzacjom. Pojechaliśmy tam, żeby poczuć postapokaliptyczny krajobraz infrastruktury wyłączonej z użycia, a otrzymaliśmy obraz zwyczajnego życia tętniącego w najbardziej nieoczekiwanym miejscu. To oczywiście skłoniło nas wówczas do refleksji, co też przydarzy nam się kolejnym razem, w innym miejscu – nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Z perspektywy archiwum mogę jednak zdradzić, że przytrafiło nam się kilka tego typu zdarzeń, choć nie aż tak widowiskowych.  

Poza tym, kto jest większym dziwakiem: odpoczywająca rodzina czy dwójka rowerzystów, która zjechała całe miasto wzdłuż, chcąc zobaczyć stertę rdzewiejących torów, a przypadkiem zobaczyła tych pierwszych i nie może się nadziwić?

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło

Nota o ilustracji tytułowej:

„Tańczące dzieci w lesie” (godło kamienicy przy ul. Marcina Borelowskiego-Lelewela 5). Wizualizacja autorska (Maciej Wcisło). Zamieszczam ten modernistyczny symbol sielanki jako kontrapunkt dla industrialnej melancholii walcowni. To wizualny cytat z tradycji ilustrowania krakowskich legend godłami kamienic z książki Bronisława Heyduka – tutaj godło staje się komentarzem do niesamowitości pikniku w cieniu wielkiego pieca.

Otwarcie archiwum

Skan odręcznego rękopisu z widocznym przebijaniem tekstu (efekt ghosting). Ilustracja koncepcji avant-texte i materialności procesu twórczego w pracy badacza literatury.

Czego mnie nauczyły notatniki Wittlina?

Biurko ma swoją określoną wyporność i wytrzymałość. Moje osiągnęło wreszcie stan krytyczny. Przez lata, zamiast sterylnej przestrzeni do pracy, miałem przed oczami chaotyczny przekrój całej dekady. Notatki z wykładów sprzed kilku lat, ksera artykułów na dawno zaliczone zajęcia, odbitki zdjęć z wycieczek, bilety z nieistniejących już wystaw, cudze wizytówki, porywy młodzieńczego geniuszu i dowody sromotnych klęsk. Cały ten twórczy bałagan zaczął ciążyć. Biurko przestało być przestrzenią do bieżącej pracy, a stało się archiwum, pozostawiając mi tylko skrawek miejsca, jakkolwiek umożliwiający bieżącą pracę.

Dla kogoś z zewnątrz to bezwartościowy bałagan. Dla mnie, badacza rękopisów wychowanego na Biasim, Jaworskim i Antoniuku to klasyczne dossier genezy. Materia, z której dopiero ma szansę wyłonić się sens, który na razie zastygł w fazie potencjalności.

Od kilku lat zajmuję się naukowo procesem twórczym. Piszę doktorat, analizuję zapiski Józefa Wittlina, uczę się jego charakteru pisma, sposobu organizacji notatek, typów skreśleń, całego języka symboli, wewnętrznych odesłań, skrótów. Jako pierwszy próbuję kompleksowo podejść do zagadnienia jego archiwum, które w dużej mierze jest smutnym cmentarzyskiem niezrealizowanych wizji – wielkich idei, którym nie dano szansy na zaistnienie w druku. Czuję spoczywający na mnie ciężar odpowiedzialności za przedstawienie tego bogactwa światu, a jednocześnie trudno nie czuć przykrości, że cały ten materiał został niejako zmarnowany, mimo że są tam zalążki arcydzieł na miarę tych, które Wittlin faktycznie zrealizował do końca i zaprezentował je światu.

Pisarz stał się więc dla mnie przestrogą. Patrząc na jego archiwum – na te wszystkie wielkie, niedokończone projekty, na „rozgrzebane” powieści, które utknęły w martwym punkcie perfekcjonizmu – poczułem chłód. Jestem naocznym świadkiem jego zmagania się z samym sobą, obserwatorem czy wręcz już współuczestnikiem jego frustracji. Ludzie mówią mi w tym kontekście: „Nie bądź Wittlinem” – wiem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Wiem, że chcę być kustoszem własnego niespełnienia. Nie chcę, by moje pomysły podzieliły los dalszych części Trylogii o cierpliwym piechurze – wiecznie obiecywane (sobie i innym), nigdy niedomknięte.

To właśnie w zderzeniu z archiwum autora Soli ziemi uderzyła mnie jeszcze inna myśl, o wiele groźniejsza niż lęk przed wspomnianym już niespełnieniem. Uderzyła mnie moja własna hipokryzja.

Jak mogę wiarygodnie pisać o cudzym procesie twórczym, nie panując nad własnym? Jak mogę analizować wahania pióra Wittlina, interpretować jego zmagania, dossier genezy, skoro moje własne piętrzy się na biurku, w szufladach i pudłach niepoddane żadnej refleksji?

Stanisław Jaworski w fundamentalnej pracy o jakże wymownym tytule Piszę, więc jestem traktował o literaturze jako o nieustannym „stawaniu się”, o pisaniu jako jedynej metodzie konstytuowania podmiotu. Foucault nazywał to sobąpisaniem. Jeśli to prawda – a czuję, że tak – to milcząc i gromadząc notatki w ciemności szuflady, tak właściwie odmawiam sobie prawa do istnienia i do własnego głosu. Jestem badaczem, który teoretyzuje o pływaniu, stojąc bezpiecznie na brzegu… Podczas gdy powinienem rzucić się w nurt écriture – pełnego napięć procesu zmagania się podmiotu z materią języka, bo zdaje się zapomniałem, że mam wyrobioną kartę pływacką i wzorcowo pływam klasykiem (kończę doktorat o procesualności tworzenia, mam na koncie kilka dobrych analiz krytycznogenetycznych).

Nie otwieram więc tych szuflad z pragnienia bycia docenianym tu i teraz (przypomina się esej Wittlina Pisma pośmiertne). Robię to w imię metodologicznej uczciwości. Nie mogę być jedynie chłodnym analitykiem cudzych skreśleń. Muszę sam poczuć opór materii literackiej, a nie tylko naukowej. Muszę przejść przez frustrację selekcji, by „odpowiednie dać rzeczy słowo”, przez ten moment, w którym – jak pisał Biasi – myśl zastyga w ostateczny kształt, tracąc swoją potencjalność, zyskując istnienie.

Nie mogę pisać jedynie o cudzej twórczości, samemu przy tym nie tworząc. Opracowanie cudzej twórczości nie jest dla mnie twórczością par excellence, stać się nią może wyłącznie to, co wynika bezpośrednio ze mnie, mojego spojrzenia na świat. Z mojej twórczej sprawczości.  

Twórczość jako (jedyny) sposób bycia

To, co zacznie się tu pojawiać, to moje laboratorium autopoiesis. To literackie fundamenty tożsamości. Znajdziecie tu w pierwszej kolejności zapisy wizji lokalnych i próby uchwycenia „ducha miejsca”, często pisane pod wpływem impulsu i silnych emocji – zachwytów, wzruszeń, ale i frustracji.

Wiele z tych dokumentów latami czekało na moment swojego zaistnienia szerzej niż tylko w gronie najbliższych (nierzadko bohaterów tych opowieści) czy też istniało wyłącznie w relacji ze swoim autorem i jego puchnącymi segregatorami. Część czekała dwa lata, inne dziesięć. Archiwum ożywa, by wprawić w ruch mechanizmy, które są niezbędne do zaistnienia tekstów nowych, aktualnych. To podróż do korzeni mojej wrażliwości, ale zarazem do siebie samego sprzed lat, o którym zdaje się, że w piekle codzienności zdążyłem już zapomnieć. Nie da się jednak budować gmachu swojego życia bez ustabilizowanych fundamentów.

System wymaga ruchu. Pracownia musi żyć, papier musi cyrkulować, stara myśl musi zostać uwolniona, by zrobić miejsce na nową. Bo nowe już czeka w przedsionku, ale nie wejdzie, dopóki stare papiery blokują drzwi.

Zapomniałbym o sprawie najbardziej przyziemnej i wstydliwej. Muszę to zrobić, bo nikt inny się w tym nie rozczyta. Za parę lat – ja sam również. Moje pismo, pod wpływem pośpiechu i chęci natychmiastowego zapisu wrażenia, ewoluuje w stronę lekarskiej abstrakcji. To błękitne fale na oceanie nie zawsze białej kartki. Zamaszyste litery stygną. Nie każdy może mieć tyle cierpliwości do moich bazgrołów, co ja do rękopisów Wittlina. Jeśli nie przepiszę tego teraz – póki pamiętam kontekst, emocję i ten dziwny niepokój, który towarzyszył mi podczas samotnego przecinania ciszy i przestrzeni o północy na rowerze na odludziu czy w ruinach fortu – te notatki staną się bezwartościowe. Nie zostawię po sobie czytelnego archiwum, więc muszę je „upublicznić”, by je w ogóle ocalić.

Otwieram szuflady. Zanim będzie za późno. Bądźcie uważni na to, co dla Was przygotowałem.

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło

Podziemna struktura miasta

Wizualizacja modernistycznego godła "Smok" z ul. Bolesława Komorowskiego 9 w Krakowie (Półwsie Zwierzynieckie, dzielnica VII Zwierzyniec). Nietypowy, "owłosiony" smok w kolorach kremowym, złotym i ceglastym na granatowym tle, przypominający psa. Ilustracja metaforyczna do eseju o eksploracji krakowskich kawern, należących do kompleksu Twierdzy Kraków (Bodzów, Kostrze, Pychowice, Wielkanoc).

Atrybuty badacza – mapa, latarki i kabanosy

Adamowi R. Parolowi – z wdzięcznością

Od dłuższego czasu nie mogłem się doczekać tego dnia. Zapakowałem niezbędny sprzęt, przede wszystkim kilka latarek oraz konieczne do poprawy morale kabanosy, po czym pędem ruszyłem na umówione miejsce zbiórki. Gdy wyjeżdżałem z domu, byłem bardzo zmartwiony, bo mimo wielokrotnego upewniania się, że pogoda będzie nam sprzyjać, zaczęło delikatnie padać. Stwierdziłem jednak, że już nic nie jest w stanie przeszkodzić nam w realizacji planu.

Spotkaliśmy się pod Kapelanką, gdzie na zachętę (i dla odwrócenia uwagi od mojego kilkunastominutowego spóźnienia) poczęstowałem Adama kabanosem. Ruszyliśmy Twardowskiego w stronę Zakrzówka. Skierowaliśmy się na Norymberską, a potem w stronę Tynieckiej, by następnie odbić w niedaleko Rodzinnej.

Tym sposobem znaleźliśmy się na terenie Uroczyska Górka Pychowicka – w lesie, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Przypięliśmy rowery do szlabanu i wkroczyliśmy w nieznaną gęstwinę.

Zaufaj geografowi!

Po paru minutach marszu i dyskusji nad mapami rozpościera się przed nami niewielka polanka, ograniczona z prawej strony skałą, którą typowałem na idealną do ulokowania w niej kawerny. Po krótkim przekomarzaniu się i zarzutach z mojej strony, że zanadto oddalamy się od obstawianego przeze mnie miejsca, Adam dumnie wskazał piękne wejście, odcinające się znacząco swoją geometrią od nierównych skał. Będzie to zresztą jeden z wielu argumentów lansowanych przez Adama, że w ramach wycieczek terenowych powinienem „zaufać geografowi”. Z satysfakcją spostrzegłem, że krata zamocowana w wejściu jest uchylona – nieme zaproszenie do innego świata. Po odpaleniu latarek zanurzyliśmy się w wiejącą chłodem, niemal namacalną ciemność. Tym sposobem zwiedziłem pierwszą z prawdziwego zdarzenia kawernę.

Przed wycieczką widziałem tyle zdjęć i planów, że powinienem być przygotowany na to, co zobaczę. Żadne jednak zdjęcie nie jest w stanie zastąpić doświadczenia tego na własnej skórze. Snopy światła odsłaniają coraz to dalsze partie skalnego labiryntu, języki światła skaczą po chropowatych skalnych ścianach, wydobywając z niebytu kolejne przejścia i pomieszczenia. Przyjemny chłód, ciemność, ciekawość i ekscytacja całkowicie nami zawładnęły. Zachłannie odkrywaliśmy tę nową dla nas przestrzeń.

To, co uderza najbardziej, to dysonans, z którym umysł z początku nie jest w stanie sobie poradzić. Widzę bowiem dziką, pierwotną materię – ostre krawędzie skał, nieregularne wyżłobienia, surowy kamień, który wygląda, jakby został wyszarpany naturze siłą. Z drugiej jednak strony, gdy zmieniam oświetlenie i spoglądam w głąb tunelu, dostrzegam przerażającą wręcz precyzję. To nie jest twór natury. To brutalna geometria narzucona geologii.

Sarkofag od linijki

Ściany, mimo swojej chropowatości, trzymają idealny pion. Strop, choć poszarpany, zamyka przestrzeń w nienaturalnych, pudełkowych ryzach. Tylko że to „pudełko” ma zwodnicze, klaustrofobiczne wymiary. Według planu stoję w korytarzu o szerokości zaledwie czterech metrów, który jednak strzela w mrok prostą linią na długość blisko czterdziestu metrów. Jesteśmy na całkowitym pustkowiu, toniemy w ciemnościach, a nad nami spoczywają tony litej skały.

Jesteśmy więc zawieszeni między masywem skalnym, ciemnością, a pudełkową próżnią, którą coś każe nam zbadać, oswoić.

To napięcie między naturalnością a geometrycznością jest hipnotyzujące i niepokojące zarazem: jakby wejść do dzikiej jaskini, którą ktoś wykreślił od linijki. Wchodząc głębiej, czujesz się jak intruz w ciele góry, wędrując korytarzem, który jest pomnikiem ludzkiego uporu w walce z geologią. Latarka wyrywa z ciemności tylko fragmenty tej układanki, resztę pozostawiając w sferze niedomówienia.

Austriacka ścieżka w niebyt

Kolejnym celem naszej wyprawy były dwie jednokomorowe kawerny w Pychowicach. Udało mi się zlokalizować w terenie wąwóz, uformowany podobno przez Austriaków specjalnie jako droga dojazdowa do tych obiektów. Dziś jednak żaden trakt już tamtędy nie prowadzi. Wąwóz jest gęsto zarośnięty i skutecznie broni dostępu do miejsc, do których kiedyś miał go ułatwiać – znak czasu.

Po kilku minutach przedzierania się przez krzaki dotarliśmy na ostatni odcinek wąwozu. Znaleźliśmy tam miejsce na ognisko, skałki i rozwidlenie ścieżek prowadzące do dwóch kawern. To niezwykle urokliwy zakątek – wspólnie z Adamem skojarzył nam się ze „skalnym miastem”. Wszechobecna zieleń, gąszcz paproci, skały i wisząca w powietrzu ciężka wilgoć sprawiały wrażenie, jakbyśmy – niczym Indiana Jones – eksplorowali egzotyczną dżunglę. Sama kawerna okazała się niewielka, złożona tylko z jednego większego pomieszczenia, ale jej odnalezienie i tak dało nam sporo satysfakcji.

W kolejnej kawernie uderzył nas niesamowity kontrast. Kontrast sprawiającego wrażenie całkowicie naturalnego, nieregularnego wejścia z halą, która otwiera się tuż za nim. We wszystkich odwiedzonych przez nas tego dnia obiektach w głąb skał prowadził nas wąski, obetonowany tunel. Tutaj natomiast geometryczne pomieszczenie pojawia się niemal natychmiast po przekroczeniu dzikiego, jaskiniowego otworu.

Kubatura pomieszczenia, dzieła jakby zrobionego od linijki, bardzo jaskrawo kontrastuje z wejściem. 

Przystanek – nieistniejący fort

Rowery odpięte, mapa sprawdzona, podążamy dalej. Przystanek autobusowy „Fort Bodzów” prowokuje nas do dyskusji, kto i kiedy zadecydował, że taka nazwa przystanku będzie odpowiednia. Czy smutne ruiny fortu, bezmyślnie zburzonego za komuny, są aż tak obecne w świadomości mieszkańców, że postanowiono uczynić z nich istotny punkt odniesienia i nazwać tak przystanek?

Rowery znów zostawione w bezpiecznym miejscu, pniemy się do góry ścieżką sprawiającą wrażenie wąskiego trawnika między domami. I chociaż jedna z odnóg tej ścieżki prowadzi do czyjejś posesji, ta druga, wijąc się na tyłach innego domu, doprowadza nas do dużo porządniejszej drogi, zmierzającej w stronę smutnych ruin Bodzowa.

Niestety nici z podziwiania znakomitej panoramy miasta, zostaje jedynie spacer pośród smutnych ruin bezsensownie zniszczonego fortu. Pierwszy raz byłem tutaj, gdy jako nastolatek wymknąłem się ze wspólnego przesiadywania z tatą w biurze, niemniej jednak czułem się wtedy w tej obcej sobie okolicy dość niekomfortowo (ruiny, urwiska, kamieniołomy i świadomość istnienia jakichś tajemniczych tuneli – to wszystko działało na mnie wtedy chyba trochę przytłaczająco, ale jednocześnie przyciągająco, żeby się tu zjawić).

Spotykamy dwie panie jadące konno (co bardzo mnie zaskoczyło), po kilku minutach marszu pośród ciekawej roślinności stanęliśmy nad przepaścią.

Naszym oczom ukazał się iście księżycowy krajobraz kamieniołomu w Bodzowie.

Skalny labirynt pośród ruin

W jakiś instynktowny sposób przeprowadziłem nas kluczącymi tu i ówdzie ścieżkami. Miniaturowa polanka, a obok niej w zaroślach wejście do kawerny, niestety zakratowane.

Wiele lat temu z Krzyśkiem lub Andrzejem musiałem być tu po raz pierwszy, ale pamiętam tę sytuację jak przez mgłę – chyba dostrzegłem gdzieś z góry wejście do kawerny, ale stchórzyliśmy, twierdząc, że nie mamy wystarczająco mocnego światła czy nie chciało nam się przedzierać przez chaszcze (a może to był wówczas tylko pretekst). Zakratowane wejście… Cóż z tego, skoro tych było kilka.

Zainteresowała mnie bardzo słabo dostrzegalna ścieżka odchodząca od polanki i kiedy Adam rozmawiał przez telefon, postanowiłem zanurzyć się w te zarośla i w odległości zaledwie kilku metrów znalazłem równoległe wejście do poprzedniego. Co najważniejsze – otwarte.

I znów zanurzamy się w ciemność tajemnicy i kuszący chłód, który sprawia, że aż nie chce nam się wychodzić z powrotem na tę duszną, deszczową pogodę. W wielkiej hali przywitał nas niedorzecznie przewrócony na środku fotel, poza tym chyba żadnych wielkich niespodzianek.

Moją specjalnością jest podziwianie wielkich krzemieni wystających ze ścian (jako dziecko miałem słabość do krzemieni), analizowanie nacieków i nalotów na skałach. Żałujemy, że nie ma wśród nas geologa, który potrafiłby nam powiedzieć dużo więcej na temat tego, na co właściwie patrzyliśmy.

Wejście wycelowane w kierunku kamieniołomu zakratowane. Pamiętam opisy tej kawerny krzyczące dużymi literami o ogromnym niebezpieczeństwie. Brzmiały one tak, jakby człowiek nieświadomie szedł w kierunku światła i momentalnie (z chwilą znalezienia się w otworze wejściowym) spadał w przepaść – zaręczam, że tak to nie wygląda. Oryginalnie cała kawerna przecież znajdowała się w skale, zatem kamieniołom musiał nieco w tym miejscu naruszyć jej strukturę – betonowe płyty stanowiące tunel wejściowy powinny przecież tkwić w skale, a nie stać luzem, jak wynika ze zdjęć i tego, co dojrzałem przez kratę… No i właśnie, wyjście to ulokowane jest równolegle do przepaści, a nie prosto w nią.

Schodzimy z Bodzowa i docieramy do kawerny Kostrze. Pogoda nas nie rozpieszcza, ale towarzyszy nam chora wręcz determinacja.

Od podpisu saperów do pieczarek

Wejścia do kawerny w Kostrzu broniła bramka, nie została ona uchylona i otwarta, lecz brutalnie wyrwana z zawiasów i porzucona obok.

Po wejściu do środka uderza nas zasadnicza różnica względem poprzednich obiektów. Tu nie ma dysonansu między naturalną skałą a jej nienaturalnym kształtem, bo skały tutaj po prostu nie widać. Jest czyste przytłoczenie wszechobecnym betonem i cegłami. Wchodząc w głąb, ma się wrażenie wkraczania do schronu przeciwatomowego, a nie do kawerny z czasów Wielkiej Wojny. Betonowy pancerz szczelnie otula przestrzeń, tworząc zimny, przytłaczający tunel. Choć obiekt służył kiedyś jako pieczarkarnia (stąd pozostałości pieca), to żadnej pieczarki jednak nie zastałem, dziś  „ozdobą” tego miejsca są zwisające smętnie kable. To miejsce odarte z jaskiniowej tajemniczości, za to dobitnie świadczące o militarnej, ludzkiej ingerencji w przestrzeń.

Mimo tego surowego, industrialnego chłodu, za największy atut kawerny i dodatkowy bodziec do jej odwiedzenia uznałem tablicę przy wejściu, będącą wizytówką i podpisem jej twórców, jaskrawo odcinająca się swoją barwą i strukturą od wszechobecnego betonu. Czy mała kawerna kuta w skale to aż tak duże przedsięwzięcie inżynieryjne, że wymagało takiego upamiętnienia?  Nie wiem, ale jestem wdzięczny jej twórcom, że zostawili po sobie tak wyjątkową pamiątkę. Jakoś mnie to rozczula.

Przy zawalonym wejściu, świecąc po suficie, dostrzegłem małego nietoperza. Nie budźmy go, chodźmy dalej.

Zwyczajna kapliczka?

Wracamy do rowerów, przed nami jeszcze dwie zaplanowane na dziś kawerny – kawerna „Pod Kapliczką” miała być zamknięta kratą przez lokalnego księdza (tyle wyczytałem na różnych mądrych stronach). I faktycznie, jedno wejście było zastawione kratą, na dodatek znajdowało się w jakiejś jamie poszatkowanej korzeniami drzew, choć może jakoś bym się prześlizgnął szparą w kracie, gdyby była taka potrzeba…

Po drobnym rozczarowaniu tym faktem zarządziłem jednak obejście kapliczki. Opłaciło się to, bo już po chwili wskazywałem triumfalnie kolejne wejście.

To chyba najbardziej odrealnione miejsce, jakie tego dnia odwiedziliśmy. Wchodzi się głęboko pod ziemię, jakby do wnętrza wydrążonej góry, której szczyt dla niepoznaki zwieńczono kapliczką. Przestrzeń sakralna na górze, militarna na dole – niesamowity kontrast.

Topografia tej kawerny różni się diametralnie od pozostałych. Prowadzą do niej strome schody, które wiodą nas w głąb do ogromnej, podłużnej hali z kilkoma nieczynnymi wejściami po bokach. Wnętrze nosi ślady dziwnego „życia po życiu” – na ścianach bieleją współczesne włączniki światła, a z sufitu zwisają rozprute peszle z kablami. Wygląda to tak, jakby ktoś próbował oswoić tę militarną przestrzeń, ale ostatecznie ją porzucił. Jeden z korytarzy jest zawalony; już po wyjściu na powierzchnię, stojąc na trawie, spekulowaliśmy, w którym miejscu ten podziemny tunel powinien mieć swój wylot.

Najbardziej intryguje mnie jednak sam koncept: ukrycie strategicznego obiektu wojskowego bezpośrednio pod kapliczką. To genialny w swojej prostocie, choć nieco cyniczny kamuflaż. Wyobraźnia od razu podsuwa obrazy: stawiasz przed domem niewinnie wyglądającą kapliczkę, taką, jakich pełno w Polsce przy każdej drodze czy rozdrożu. Dla  sąsiadów byłaby miejscem modlitwy, a dla mnie – tajnym włazem do podziemnego świata.

Nic dziwnego, że ten mechanizm tak działa na wyobraźnię. Być może właśnie dlatego poszukiwacze przygód tak uparcie doszukują się wejścia do innej, nieznanej dotąd kawerny pod betonowym schodkiem kapliczki na drugim końcu Krakowa.

Wielkanoc w sierpniu

Ostatnim celem była kawerna „Wielkanoc”. Szczęście nas nie opuszczało – wejście znaleźliśmy natychmiast, zionące czernią i całkowicie otwarte. Fortuna nam dziś zdecydowanie sprzyja.  Obiekt okazał się prawdziwym labiryntem; mieliśmy wrażenie, jakby tunele i komory mnożyły się w nieskończoność, zapraszając nas coraz głębiej i głębiej.

W środku raczej nic nas nie zaskoczyło poza sporą ilością pająków. Dokonaliśmy inspekcji innych wejść do obiektu. To ponury katalog zamknięć: jeden otwór pogrzebany ziemią, inny zabity zardzewiałą blachą, kolejny – choć drożny tylko w połowie – dodatkowo uzbrojony w kratę.

Ślady cywilizacji ograniczały się do śmieci. Ktoś zadał sobie nawet trud zapakowania części z nich do worka, ale porzucił go wewnątrz. Kto i kiedy miałby go wynieść? Śmieciarka tu raczej nie dotrze.

Zastanawia mnie fenomen imprez w takich miejscach. Co kieruje ludźmi niezwiązanymi z fortyfikacjami, aby wybrać wilgotne, podziemne korytarze na miejsce spotkań? Czy nie czują lęku, pierwotnego niepokoju? Czy komfortowe byłoby przesiadywanie tutaj godzinami? A może to właśnie o ten niepokój chodzi? Wyobraźnia podsuwa mi klaustrofobiczną wizję: nietrzeźwy człowiek w ciemnościach i po omacku próbuje znaleźć wyjście, odbijając się od krat i zwałów ziemi, uwięziony w betonowej pułapce.

Po upewnieniu się, że przeszliśmy każdy korytarz i każde pomieszczenie, wyszliśmy z kawerny, łapiąc w płuca ciężkie, deszczowe powietrze. Z końcówki wakacji zrobiła nam się jesień – konstatujemy. Niemal równo z naszym wyjściem zapada zmrok.

Jazda w mokrych okularach

Plan zrealizowany, w poczuciu satysfakcji wracamy na rowerach mimo bardzo niesprzyjającej aury. Docieramy na bulwary wiślane na wysokości Bodzowa, które przypominają mi wszystkie wycieczki rowerowe do Tyńca z ojcem i nie tylko z nim. Na wysokości jednostki wojskowej na Tynieckiej żegnamy się w poczuciu dobrze spędzonego dnia.

Jadę sam, myśli kotłują się w głowie, deszcz smaga mnie po twarzy, a krople deszczu padają na okulary. Robi się coraz ciemniej, światła samochodów i latarni ulicznych w mokrych okularach tworzą mi przed oczami kształty przypominające struktury płatków śniegu. Wycieranie okularów wilgotną już chusteczką z przemoczonych spodni powoduje, że widzę jeszcze gorzej, cały obraz się rozmazuje. Niemal po omacku udaje mi się wrócić do domu. Przemoczone ubrania nie psują mi nastroju. Dzisiaj zrobiłem coś przełomowego – i to było dla mnie najważniejsze.

Towarzyszyło mi dzisiaj uczucie zachwytu i grozy, jakiś rodzaj respektu wobec tych pociągających dzieł (mysterium tremendum et fascinans). Wejście w nieznaną nam ciemność, gest powtarzany przez nas tego dnia wielokrotnie. Mrok i tajemnica. Co zastaniemy po przekroczeniu kutych w skałach wejść? Libację alkoholową, śmieci wielogabarytowe z całego osiedla, gruz, oberwany strop, satanistów, pijaków, ludzkie albo zwierzęce zwłoki? Stanęliśmy twarzą w twarz z tajemnicą i ponadstuletnim dziedzictwem.

Żeby znaleźć kawerny, trzeba przede wszystkim wiedzieć, czego się szuka. W tym względzie, poza analizą mapy, świetne jest przyswojenie sobie zdjęć wejść, żeby móc je skonfrontować z tym, co zastaniemy na miejscu.

Warto mieć przy sobie geografa – i móc przekupywać go kabanosami.

Bądźcie uważni.

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło

Nota o ilustracji tytułowej:

„Uśmiechnięty Smok” (godło kamienicy przy ul. Bolesława Komorowskiego 9). Wizualizacja autorska (Maciej Wcisło). Ten nietypowy, modernistyczny smok z 1936 roku – pokryty sierścią zamiast łusek i przypominający domowego pupila – staje się tu strażnikiem bramy do podziemnego Krakowa. Schodząc do kawern Twierdzy Kraków, zadawaliśmy sobie pytanie: „ Co zastaniemy pod ziemią? A co jeśli smok wawelski po prostu zmienił adres?”. Ilustracja jest wezwaniem do uważności (slow looking): niesamowitość czai się często tuż za rogiem, w nieoczywistej formie.