Powroty
Dzisiejsza wycieczka była częściowo kontynuacją i powtórzeniem co najmniej dwóch innych, zrealizowanych w towarzystwie zupełnie innych osób na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat. Wiele się od tego czasu pozmieniało z wyjątkiem jednego – imperatywu odkrywania przestrzeni. Zmieniły się osoby towarzyszące, poprawił się sprzęt umożlwiający przemieszczanie się i dokumentowanie odkryć.
Obszarem moich zainteresowań był niezwykle bogaty w różne dzieła obronne V obszar warowny Twierdzy Kraków. Przez litość przemilczę zabudowę Zielonej i okolicy Trasy Wolbromskiej. Ulica Zielone Wzgórze zaintrygowała mnie wielokrotnym informowaniem mnie poprzez znaki, że co chwila, poruszając się jedną ulicą, na zmianę wjeżdżam i wyjeżdżam z Zielonek.
Dalej zaintrygował mnie mostek na Prądniku, którego kratownica wygląda zupełnie tak samo jak mostu na Rudawie na Piastowskiej (tylko ta nie jest pomalowana na żółto). Wsłuchuję się w szum wody, analizuję jej poziom pod kątem spływu kajakowego (to chyba dość trudne, wygląda tak, jakby sięgała co najwyżej kostek), z zainteresowaniem przyglądam się wielkiemu staremu drzewu.
Przede mną rozpościera się niezwykle przyjemny widok obszernego pola obsianego niską, elegancką trawką. Wygląda to jak wielkie boisko albo Błonia. Wg mapy to pola witkowickie.
Od tragicznej eksplozji do nastoletniej beztroski
Mapa następnie informuje mnie, że niewielki zagajnik w pobliżu jest miejscem po dawnej prochowni w Witkowicach, która eksplodowała 5 czerwca 1927 roku. Zajeżdżam ścieżką z lewej strony, którą prowadzi idący nie wiadomo dokąd i nieznany mi dotychczas szlak rowerowy. W zaroślach widzę grupkę nastolatków na crossach. Nie chciałem ich peszyć ani im przeszkadzać, niemniej jednak to miejsce było istotnym punktem mojej wycieczki, dlatego nie mogłem sobie odmówić spotkania z tym miejscem i jego aktualnymi użytkownikami.
Wjeżdżam w zagajnik. Musiałem wyglądać niedorzecznie i dość zaskakująco: jakiś nietutejszy na szosowym rowerze, skórzany plecak… Pod drzewem chłopcy zebrali swoje plecaki i jakieś przekąski. Przede mną wyrosły nagle skocznie i tory, zagajnik otoczony zewsząd wałami przedstawiał dość przytłaczający widok – ziemia przeorana jak po ostrym ostrzale, pełno nierówności terenu, na które nałożyły się dalsze przeobrażenia fanów sportów wyczynowych.
– Dzień dobry! – wita grzecznie chłopak.
– Dzień dobry! Przejadę tutaj? – pytam, analizując hopki i skocznie zbudowane z ziemi.
– Dobrze – odpowiada, biorąc moje pytanie za stwierdzenie, któremu nie powinien się sprzeciwiać.
Próbuję ogarnąć wzrokiem ten dziwaczny teren. Zapuszczam się w głąb rzadkiego lasku, będąc nadal w zasięgu wzroku chłopców. Obejmuję wzrokiem wały, robię parę zdjęć, wracam do punktu wyjścia.
–A Pan potrafi skakać? – pyta jeden z nastolatków.
Zaskoczyło mnie to pytanie. W tym miejscu robię szybkie wyjaśnienie, że mój rower niezbyt jest przystosowany do takich akcji (choć w sumie dużo już ze mną przeżył, może należało spróbować), tłumaczę, że znalazłem się tu trochę przez przypadek, nie znam trasy i że życzę im dobrej zabawy. Oddalam się. Poza wałami nie zlokalizowałem żadnej resztki prochowni: nawet cegieł, fundamentów, nic.
Mijam jeszcze dwóch innych nastolatków, wspinających się na coś w rodzaju szałasu zbudowanego na zboczu wału, grzecznie się ze mną witają. Pod jednym z drzew ze zmasakrowanym pniem znajduję mocno zardzewiałą siekierę, może ktoś nią rzucał w to drzewo? Wyjeżdżam z zarośli dokładnie w miejscu, gdzie postawiono wyblakłą już tabliczkę Szlaku Twierdzy Kraków.
Chłopcy są dla mnie wyrzutem sumienia, że nadal nie opublikowałem tekstu o dziwnych i zabawnych interakcjach, jakie miewałem w ciągu ostatnich lat w obiektach fortecznych, w tym również z nastolatkami. Jednocześnie myślę o tym, że to bardzo ciekawe, że dawne miejsce tragicznej eksplozji, o której chłopcy nie mają pewnie pojęcia, żyje nowym życiem w dość specyficzny sposób.

Po niewydeptanych ścieżkach
Ulicą Dożynkową dojeżdżam na skraj zabudowań dawnego szpitala okulistycznego. Drogowskaz wskazuje na bardzo słabo czytelną ścieżkę między polami do szańca piechoty IS V-2. Znamienne, że dróżka prowadzi wzdłuż bardzo charakterystycznych resztek ogrodzenia, którego kształt zawsze będzie mi się kojarzyć z parkingiem pod Biprostalem czy torowiskiem tramwajowym do Bronowic.
Zanim jednak trafiłem na teren szańca, pośród drzew odnalazłem bardzo niedorzeczne ruiny kawałka domu ze studnią głębinową, belami drewna robiącymi za resztki ogrodzenia. Chylący się stos cegieł, jakby wręcz przeczący grawitacji, pękający pod własnym ciężarem strop i dziwaczny kształt domu (wyglądało to na jedno małe pomieszczenie z pięterkiem, jakby reszta budynku została wyburzona, odcięta, pozostawiając absurdalne pod kątem przestrzennym i funkcjonalnym resztki) dawał mi sporo do myślenia.
Przed wejściem w chaszcze, spacerując jakimś opustoszałym sadem, z impetem wzbija się w powietrze stado bażantów. Mimo wczesnej wiosny teren jest mocno zarośnięty, w oddali majaczą blokowiska, słychać nieustanny szum aut z pobliskiej północnej obwodnicy Krakowa. Spędziłem trochę czasu, skacząc po wałach szańca i próbując objąć wzrokiem całe założenie.
Fortyfikacja funeralna: schron, który stał się kostnicą
Po powrocie do Dożynkowej przeskoczyłem na drugą stronę drogi i zacząłem analizować przez rozpadające się ogrodzenie schron amunicyjny Marszowiec, który przerobiono niegdyś na kostnicę szpitalną. Jestem niemal pewien, że na jednej ze starych stron internetowych poświęconych Twierdzy Kraków widziałem zdjęcie jego wnętrza z kamiennym stołem sekcyjnym umieszczonym pośrodku. Makabryczny widok, chciałoby się rzec, że twierdza żyje, gdy jej obiekty pełnią nowe funkcje, ale może w tym wypadku nie jest to właściwe określenie.
Pędzę Dożynkową. Samotna wyspa drzew pośród pól w pobliżu północnej obwodnicy to szaniec IS V-1, który miałem okazję odwiedzić ostatnio z Adamem, więc tym razem sobie odpuściłem. Po chwili minąłem ulicę Wichrowe Wzgórza i znalazłem się na terenie cmentarza w Bibicach.
Wieczne schronienie
Powinienem jednak napisać, że tak naprawdę znalazłem się na terenie baterii towarzyszącej B1 Marszowiec. Kto by jednak pamiętał o tym, że to dawna fortyfikacja austriacka? Trzy ceglano-kamienne schrony pośród grobowców wyglądają dziwacznie i mocno przypadkowo. Mamy tu do czynienia z zupełnie inna sytuacją niż w przypadku baterii B3 Pasternik, która znajduje się tuż za ogrodzeniem cmentarza w Rząsce, a jakoś nie została przerobiona na nowy, kreatywny element nekropolii.
Centralnie umieszczony schron pogotowia już jakiś czas temu został zaadaptowany na grobowiec księży, w którym aktualnie spoczywa jeden z proboszczy. Czuję ogromny dysonans, patrząc na tę zaskakującą i radykalną zmianę funkcji budowli. To tak, jakby ktoś zimnowojenny schron przeciwlotniczy postanowił przekształcić na rodowe mauzoleum, a betonowy słup Fallkörpersperre na kapliczkę. Przed schronem wymurowano eleganckie schodki, rozwieszono metalowy łańcuch, całkowicie modyfikując jego kontekst przestrzenny. Z daleka założenie wygląda bardziej jak ogródek skalny.
Rozglądam się – schron po stronie wschodniej zachował się w oryginalnym kształcie (zapewne do czasu), zachodni – jest zagrodzony i właśnie trwają przy nim prace. Jestem pewien, że lata temu zaglądałem do niego i był jakimś schowkiem na miotły i zdemontowane z grobowców stare krzyże.
Tablica informuje mnie, że przedmiotem robót jest „remont konserwatorski oraz rekonstrukcja fragmentu umocnień”. Doprawdy, trudno o bardziej kuriozalny tekst. Schron może i wygląda na bardziej zadbany i czystszy, ale uwydatnienie wejścia poprzez usunięcie oryginalnej betonowej przelotni, udokumentowanej na zdjęciach tego obiektu sprzed lat, czy też wprawienie w centralnym punkcie kamienia z sentencją JA JESTEM ZMARTWYCHWSTANIEM I ŻYCIEM trudno nazwać rekonstrukcją, tylko całkowitą zmianą przeznaczenia obiektu. Obiektu, który ewidentnie szykowany jest na kolejny grobowiec, tymczasem z tabliczki można by wysnuć błędne całkiem przypuszczenie, że baterii z jakichś względów jest przywracana zdolność bojowa, należałoby zatem oczekiwać przywrócenia wałów i stanowisk dla dział.
Udaję się do trzeciego schronu, z jednej strony przelotnia zarosła cierniami, z drugiej była lekko przysypana, ale i tak jakimś cudem się tam wślizgnąłem. Wnętrze prezentowało obraz przykrej rupieciarni, dzikiego wysypiska śmieci, na którym znalazło się wszystko – od puszek z piwem po znak drogowy. Przyglądam się cegłom i dostrzegam nagle duże nagromadzenie wielkich, czarnych mrówek. Patrzę uważnie i widzę, jak niekończące się szeregi maszerują bez wytchnienia po wewnętrznej i zewnętrznej stronie muru. Czuję się wręcz przytłoczony ich ilością, co motywuje mnie do wyjścia.
Niesamowicie daje mi do myślenia funeralna funkcja obiektów, które miałem okazję widzieć, ta intrygująca redefinicja kontekstu i przeznaczenia miejsc, które służyły zadawaniu śmierci, a nie jej celebrowaniu.
Opuszczam cmentarz, próbując zrozumieć lokalne gusta i podejście do dziedzictwa twierdzy, wprzęgniętego w dziedzictwo śmierci.
Paradoksy Marszowca
Żeby przekonać się o tym, jak naprawdę powinno wyglądać tego typu dzieło fortyfikacyjne, znalazłem się na drugim, lewym barku fortu.
Bateria B3 Marszowiec to podobno najlepiej zachowane tego typu dzieło. Bardzo czytelne linie wałów i osadzonych w nich schronów dają dobre wyobrażenie o kształcie i przeznaczeniu tego miejsca.
Zwracam uwagę, że przyzwyczajony byłem podczas ostatnich wycieczek do poruszania się po odludziach, tymczasem tutaj bateria znajduje się w sąsiedztwie bardzo ruchliwej drogi, dokładnie naprzeciwko domów i sklepu spożywczego – mimo to nie miałem żadnego towarzystwa.
Jeden ze schronów ewidentnie jednak robi za mieszkanie, o czym świadczy koc rozwieszony w wejściu, prowizoryczne ławki i legowiska z jakichś materiałów, w innym z kolei ziemia pod nogami bez przerwy chrzęściła od potłuczonego szkła.
Obrazem, który towarzyszył mi, opuszczając to miejsce, był częściowy jeszcze napełniony powietrzem balon w kształcie duszka, jakby groteskowy komentarz do tego, czego doświadczyłem chwilę temu.
Szkoda, że fort nie może znajdować się w otoczeniu dwóch tak dobrze zachowanych baterii, niestety jedna jest zachowana w stanie niemal doskonałym, podczas gdy druga, bliźniacza, została tylko karykaturą. Nie można mieć wszystkiego.
Ostatnim akordem wycieczki będzie podziwianie architektonicznej mozaiki Witkowic w czasie brawurowego zjazdu Dożynkową. Na Górnickiego przykuwa moją uwagę żuk na zabytkowych tablicach, zza którego wyłaniają się interesujące zabudowania dworu na Górce Narodowej, przerobionego na PGR.




Niesamowite! Czekam na kolejne teksty 🙂