Kiedy cegła staje się rękopisem. Ślady obecności na Pasterniku

Fragment archiwalnej mapy wojskowej Twierdzy Kraków (Festung Krakau) z ok. 1900 roku. Arkusz Blatt 14 Rząska przedstawiający Fort Pasternik, Fort Podchruście oraz baterię towarzyszącą B3 Pasternik.

Schron na złom?

W ramach ponownych wizyt w obiektach krakowskiej twierdzy postanowiłem tym razem ponownie przyjrzeć się baterii towarzyszącej B3 Pasternik, sąsiadującej z cmentarzem w Rząsce. Miałem okazję zwiedzić ją pobieżnie z Adamem któregoś lata (zeszłego? Już tracę rachubę…), gdy wobec wszechobecnych chaszczy trudno było cokolwiek dojrzeć i się przemieszczać.

Pędzę więc tradycyjnie Łokietka, dalej ulicą Gaik, mały skrót przez lasek z boiskiem Klubu Sportowego Bronowicki, by po krótkiej regeneracji w Action przy Jasnogórskiej znaleźć się na Chełmońskiego i dalej na Ojcowskiej. Urzekają mnie tutejsze resztki dawnej drewnianej zabudowy Bronowic, które prędzej czy później będą musiały ustąpić nowszym budynkom.

Moim pierwszym przystankiem był schron amunicyjny Podchruście (GMM 6), jeden z kilkunastu tego typu obiektów w całej twierdzy. Cegła na fasadzie uległa takiemu zniszczeniu, jakby ją ktoś ostrzelał z moździerza. Jest to dla mnie o tyle szokujące, że poznając schrony pogotowia baterii znajdujących się w sąsiedztwie, niejednokrotnie podziwiałem niemal gładkie i błyszczące w słońcu lica cegieł, jakby dopiero ktoś je ułożył, tutaj absolutnie ta prawidłowość nie zachodzi.  

Pozbawiony płaszcza ziemnego i przerobiony zapewne na jakąś rupieciarnię schron prezentuje się nieco przytłaczająco. Niestety na jego prawym barku ktoś dostawił szpetną przybudówkę z pustaków, która pasuje tutaj jak pięść do nosa.

Pamiętam, że podczas ostatniej wizyty w tym miejscu tak intensywnie dyskutowaliśmy z Adamem przed zamkniętą, oryginalną (!) bramą schronu, że aż wyszedł nam naprzeciw sam właściciel obiektu, prowadzący tutaj chyba jakiś warsztat samochodowy, hurtownię czy cokolwiek innego. Musieliśmy wyglądać na bardzo podejrzanych i niebezpiecznych, zapewne trzeba było liczyć się z faktem, że wywieziemy cały schron cegła po cegle w sobie tylko znanym kierunku (już jeden schron potraktowano jak klocki LEGO, przenosząc go w nową lokalizację – GMM 12 Dłubnia). Starszy mężczyzna zapewniał nas wówczas, że wszystko tu jest oryginalne (rzeczywiście, schron miał o tyle szczęścia, że zachował metalowe okiennice i bramę). Tym razem jednak nikt nie wyszedł na spotkanie ze mną – zrobiłem parę zdjęć i pojechałem dalej.

Paradoksy cmentarnego sąsiedztwa

Dalej trasa biegnie Okrężną i Starego Dębu, by koło wjazdu na doskonale mi znany poligon na Pasterniku (w archiwum czeka tekst o tym, jak złożyłem na nim swoją ofiarę bóstwu Subordynacji) przejechać pod estakadą i znaleźć się na terenie małego cmentarza w Rząsce. Postanowiłem przejść przez środek nekropolii i tylną furtką dostać się na teren baterii.

Na cmentarzu moją szczególną uwagę zwróciła dość nieudolnie wykonana figura Chrystusa z blachy, którego twarz prezentuje dość przykre zmęczenie i zażenowanie, a nieumiejętnie wymodelowane włosy wyglądają bardziej jak sprężyny czy posklejany makaron niż jak przyzwoitej jakości dzieło sztuki funeralnej.

Za ogrodzeniem rozpościera się bateria towarzysząca B3 Pasternik. Formy ziemne są dość czytelne w terenie, niestety wszędzie walają się nieprawdopodobne ilości śmieci. Zachowały się wszystkie trzy schrony pogotowia w całkiem niezłym stanie. Niestety jeden z nich został przerobiony na wysypisko śmieci i nawet nie odważyłem się do niego wejść, wnętrze zawalone było wszelkiej maści syfem tak do połowy wysokości.

Uderzyło mnie to już przy pierwszej wizycie w tym miejscu. To dość znamienne, że nawiedzających tę poświęconą ziemię nie razi fakt, że stare znicze czy wiązanki zdjęte z grobów i przerzucone na drugą stronę ogrodzenia cmentarza szpecą i niszczą zieleń? Czy percepcja tych osób ograniczona jest wyłącznie murami nekropolii i ważne, żeby tylko groby były uporządkowane, a poza tą sakralną przestrzenią może już się dziać cokolwiek? To dla mnie dość oburzające i krótkowzroczne.

Przemierzając baterię co chwilę potykam się o porzucone buty, ubrania, plastikowe doniczki, wypalone wkłady, butelki, pełno zniczy i sztucznych kwiatów, na drzewach pozawieszane szmaty. Jeden ze schronów, jak wspomniałem, został przerobiony na śmietnik – mimo to śmieci walają się po całym zagajniku porastającym to dzieło obronne. Pozostałe dwa schrony pogotowania prezentują się nieco lepiej. Podziwiam, jak wysokie drzewa urosły na stropodachach.

Tożsamość zapisana w cegle

Analizując schron znajdujący się skrajnie po prawej stronie założenia, zatem najbliżej fortu Pasternik, gdzieś mignął mi czarny napis z podpisem jakiejś osoby: „Deszcz – CZARKA TAŚ – TAŚ TADEK (CIPAK [?]) 27 V 48”. Przypomniałem sobie wówczas, że faktycznie nie tylko turyści, ale i żołnierze służący w fortach mieli w zwyczaju pozostawiać swoje podpisy na cegłach fortów. Prezentowano mi takie chociażby podczas ostatniego oprowadzania w forcie św. Benedykt przed jego remontem, ujawniłem sporo takich podczas samotnej wycieczki na kaponierze obrony wjazdu fortu Lasówka (niestety trzeba było się sporo natrudzić, próbując je dojrzeć pod wszechobecnym graffiti).

Oprowadzający po Benedykcie martwili się, czy podpisy nie znikną po remoncie fortu. Jeden ze znajomych, któremu to relacjonowałem, twierdził, że tego typu artefakty nie mają żadnej wartości historycznej i nic byśmy nie stracili, gdyby je zniszczono (i mówi to historyk, specjalista od dziedzictwa!). Inny – również historyk –  kontestował w ogóle zasadność zachowywania jakichkolwiek fortów na terenie Krakowa, może wspaniałomyślnie należałoby zostawić jakiś jeden dla przykładu (tego nie będę nawet komentował).

Tymczasem dla mnie te podpisy to jeden z najbardziej ludzkich, głęboko humanistycznych momentów w zwiedzaniu fortyfikacji. Czyjaś tożsamość, czyjś namacalny ślad utrwalony w cegle. Nie mam pojęcia, kim były te osoby, ale wiem, że z jakichś względów postanowiły uwiecznić się w ten oto osobliwy sposób. Kto wie, czy w przypadku niektórych nie będzie to jedyny bądź jeden z niewielu śladów (poza metrykami) bytności na tym świecie? Nie wiem o tych osobach nic poza tym, że pewnego razu postanowiły wyryć swoją tożsamość na austriackich cegłach, które po stu latach jeszcze (wbrew kolegom historykom i PRL-owskim burzymurkom) stoją na swoim miejscu, dzięki czemu mogę je teraz podziwiać i głowić się nad antropologią podpisu w fortyfikacyjnej cegle w ramach marcowego popołudnia. To właściwie krytyka genetyczna, tylko materią nie jest kartka i pióro/ołówek, lecz czerwona cegła i jakiś rylec, nożyk.

Zacząłem więc szukać, przyglądać się każdej cegle. Dość szybko moja dociekliwość została nagrodzona. Przeżyłem mały wstrząs, bowiem ujrzałem wyrytą w cegle datę 1940, nieco nad nią „JESZCZE P[olska]” i data 1942. Czyżbym trafił na jakieś patriotyczne uniesienie z samego serca niemieckiej okupacji, utrwalone w austriackiej cegle? Zakładając autentyczność napisu – tak. Na tej samej ścianie inicjały TK, data 1922. Patrzę dalej: „W Büss in Desloch [?]”, „40958 Bzuandel Julian [?]”…

Pasternik – gdzie leży prawda?

Zastanawiają mnie te okupacyjne daty. W 1941 niemieckie władze okupacyjne poszerzyły granice Krakowa między innymi o Tonie, Bronowice Małe i Bronowice Wielkie, w lesie niedaleko znajduje się postument z herbem Krakowa (pozbawiony swastyki w miejscu orła w otwartej bramie), będący dawną formą „witacza”. Następnym razem zamierzam mu się dokładnie przyjrzeć. Analogiczny, przy skrzyżowaniu ulic Myślenickiej i Łężce, jest łatwiejszy do zobaczenia…  

Nie są mi znane losy baterii w czasach okupacji niemieckiej, ale kto by ryzykował zjawianie się tutaj i rycie w cegłach tuż przy eksponowanym wjeździe do miasta? Czy sam fort był przez całą okupację obsadzony przez Niemców i ktoś pod ich nosem pisałby po ścianach? Być może kiedyś uda mi się dowiedzieć o tym więcej.

Jest to o tyle ciekawe, że w opracowaniach dotyczących twierdzy nadal pokutuje narracja żywcem z PRL-u, wpisana w mitologizującą narrację „manewru, który ocalił Kraków”. Jak bowiem czytamy: „W 1944 roku Niemcy zlokalizowali tu [w forcie Pasternik] centralę minerską, za pomocą której planowali wysadzenie w powietrze większości najcenniejszych krakowskich zabytków i obiektów użyteczności publicznej. Dzięki ruchowi oporu i krakowskim patriotom do tej zbrodni nie doszło”[1].

Krytyka genetyczna i palimpsest miasta

Przyglądam się tym cegłom i przyglądam, aż w końcu naprawdę mnie zamurowało. Schron pogotowia posiada na swojej fasadzie kamienną wnękę, nad którą eleganckie zwieńczenie wykonano z cegieł. I właśnie przyglądając się tym cegłom nad wnęką zauważyłem, że niemal na każdej z nich wydrapano jakiś podpis, tak jakbym miał przed sobą rozłożoną niczym wachlarz talię wizytówek. Przy jednym podpisie data 30 VI 1945,  obok 29 VI 45 r., na innej nazwa Lida z podkreśleniem, a ja jeszcze innej wręcz starannie wykaligrafowane: „Anton Deuz[…] Altenmarkt a/d Ysper[tal]”.    

Wracałem przez Bronowice z poczuciem satysfakcji. To popołudnie utwierdziło mnie w przekonaniu, że rygor badawczy wypracowany w ciszy archiwów z pełnym sukcesem znajduje zastosowanie w zgoła odmiennych realiach. Jeśli rękopis jest zapisem procesu twórczego, to lico austriackiej cegły, naznaczone podpisem żołnierza czy turysty sprzed kilkudziesięciu lat, staje się taką samą kartą z dziejów ludzkiej obecności.

Nie ma dla mnie aż takiej różnicy w powadze analizy skreślenia w wierszu czy analizy rytu na murze fortu. W obu przypadkach szukam tego samego: namacalnego śladu człowieka, który rzuca wyzwanie zapomnieniu. Humanistyka terenowa, uprawiana w chaszczach Pasternika, dała mi dzisiaj cenną lekcję uważności i cierpliwości.


[1] H. Łukasik, Twierdza Kraków znana i nieznana. Przewodnik turystyczny, cz. II: Odcinek zachodni i południowy. Od traktu Olkuskiego do dolnej Wisły, Kraków 2001, s. 38. Podobnie wypowiada się na ten temat J. Bogdanowski, Warownie i zieleń Twierdzy Kraków, Kraków 1979, s. 253.

Grobowiec z recyklingu, prochownia dla rowerzystów. Tajemnice Marszowca i Witkowic

Fragment austriackiej mapy wojskowej Twierdzy Kraków (Festung Krakau) z przełomu XIX i XX wieku. Skan arkusza Blatt 9 Gebułtów prezentujący umocnienia V obszaru warownego i grupę Marszowiec w skali 1:10 000.

Powroty

Dzisiejsza wycieczka była częściowo kontynuacją i powtórzeniem co najmniej dwóch innych, zrealizowanych w towarzystwie zupełnie innych osób na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat. Wiele się od tego czasu pozmieniało z wyjątkiem jednego – imperatywu odkrywania przestrzeni. Zmieniły się osoby towarzyszące, poprawił się sprzęt umożlwiający przemieszczanie się i dokumentowanie odkryć.

Obszarem moich zainteresowań był niezwykle bogaty w różne dzieła obronne V obszar warowny Twierdzy Kraków. Przez litość przemilczę zabudowę Zielonej i okolicy Trasy Wolbromskiej. Ulica Zielone Wzgórze zaintrygowała mnie wielokrotnym informowaniem mnie poprzez znaki, że co chwila, poruszając się jedną ulicą, na zmianę wjeżdżam i wyjeżdżam z Zielonek.

Dalej zaintrygował mnie mostek na Prądniku, którego kratownica wygląda zupełnie tak samo jak mostu na Rudawie na Piastowskiej (tylko ta nie jest pomalowana na żółto). Wsłuchuję się w szum wody, analizuję jej poziom pod kątem spływu kajakowego (to chyba dość trudne, wygląda tak, jakby sięgała co najwyżej kostek), z zainteresowaniem przyglądam się wielkiemu staremu drzewu.

Przede mną rozpościera się niezwykle przyjemny widok obszernego pola obsianego niską, elegancką trawką. Wygląda to jak wielkie boisko albo Błonia. Wg mapy to pola witkowickie.

Od tragicznej eksplozji do nastoletniej beztroski

Mapa następnie informuje mnie, że niewielki zagajnik w pobliżu jest miejscem po dawnej prochowni w Witkowicach, która eksplodowała 5 czerwca 1927 roku. Zajeżdżam ścieżką z lewej strony, którą prowadzi idący nie wiadomo dokąd i nieznany mi dotychczas szlak rowerowy. W zaroślach widzę grupkę nastolatków na crossach. Nie chciałem ich peszyć ani im przeszkadzać, niemniej jednak to miejsce było istotnym punktem mojej wycieczki, dlatego nie mogłem sobie odmówić spotkania z tym miejscem i jego aktualnymi użytkownikami.

Wjeżdżam w zagajnik. Musiałem wyglądać niedorzecznie i dość zaskakująco: jakiś nietutejszy na szosowym rowerze, skórzany plecak… Pod drzewem chłopcy zebrali swoje plecaki i jakieś przekąski. Przede mną wyrosły nagle skocznie i tory, zagajnik otoczony zewsząd wałami przedstawiał dość przytłaczający widok – ziemia przeorana jak po ostrym ostrzale, pełno nierówności terenu, na które nałożyły się dalsze przeobrażenia fanów sportów wyczynowych.

– Dzień dobry! – wita grzecznie chłopak.

– Dzień dobry! Przejadę tutaj? – pytam, analizując hopki i skocznie zbudowane z ziemi.

– Dobrze – odpowiada, biorąc moje pytanie za stwierdzenie, któremu nie powinien się sprzeciwiać.

Próbuję ogarnąć wzrokiem ten dziwaczny teren. Zapuszczam się w głąb rzadkiego lasku, będąc nadal w zasięgu wzroku chłopców. Obejmuję wzrokiem wały, robię parę zdjęć, wracam do punktu wyjścia.  

–A Pan potrafi skakać? – pyta jeden z nastolatków.

Zaskoczyło mnie to pytanie. W tym miejscu robię szybkie wyjaśnienie, że mój rower niezbyt jest przystosowany do takich akcji (choć w sumie dużo już ze mną przeżył, może należało spróbować), tłumaczę, że znalazłem się tu trochę przez przypadek, nie znam trasy i że życzę im dobrej zabawy. Oddalam się. Poza wałami nie zlokalizowałem żadnej resztki prochowni: nawet cegieł, fundamentów, nic.

Mijam jeszcze dwóch innych nastolatków, wspinających się na coś w rodzaju szałasu zbudowanego na zboczu wału, grzecznie się ze mną witają. Pod jednym z drzew ze zmasakrowanym pniem znajduję mocno zardzewiałą siekierę, może ktoś nią rzucał w to drzewo? Wyjeżdżam z zarośli dokładnie w miejscu, gdzie postawiono wyblakłą już tabliczkę Szlaku Twierdzy Kraków.

Chłopcy są dla mnie wyrzutem sumienia, że nadal nie opublikowałem tekstu o dziwnych i zabawnych interakcjach, jakie miewałem w ciągu ostatnich lat w obiektach fortecznych, w tym również z nastolatkami. Jednocześnie myślę o tym, że to bardzo ciekawe, że dawne miejsce tragicznej eksplozji, o której chłopcy nie mają pewnie pojęcia, żyje nowym życiem w dość specyficzny sposób.

Fragment archiwalnej mapy austriackiej Blatt 15 Witkowice (Festung Krakau). Widoczne nieistniejące już budynki prochowni w Witkowicach, zniszczone w wyniku eksplozji w 1927 roku. V sektor/obszar warowny Twierdzy Kraków.
Spezial-Übersichts-Plan von Krakau Festungs-Umgebungs-Plan. Blatt 15 Witkowice (fragment) – widoczne budynki dawnej prochowni (14 i 15).

Po niewydeptanych ścieżkach

Ulicą Dożynkową dojeżdżam na skraj zabudowań dawnego szpitala okulistycznego. Drogowskaz wskazuje na bardzo słabo czytelną ścieżkę między polami do szańca piechoty IS V-2. Znamienne, że dróżka prowadzi wzdłuż bardzo charakterystycznych resztek ogrodzenia, którego kształt zawsze będzie mi się kojarzyć z parkingiem pod Biprostalem czy torowiskiem tramwajowym do Bronowic.  

Zanim jednak trafiłem na teren szańca, pośród drzew odnalazłem bardzo niedorzeczne ruiny kawałka domu ze studnią głębinową, belami drewna robiącymi za resztki ogrodzenia. Chylący się stos cegieł, jakby wręcz przeczący grawitacji, pękający pod własnym ciężarem strop i dziwaczny kształt domu (wyglądało to na jedno małe pomieszczenie z pięterkiem, jakby reszta budynku została wyburzona, odcięta, pozostawiając absurdalne pod kątem przestrzennym i funkcjonalnym resztki) dawał mi sporo do myślenia.

Przed wejściem w chaszcze, spacerując jakimś opustoszałym sadem, z impetem wzbija się w powietrze stado bażantów. Mimo wczesnej wiosny teren jest mocno zarośnięty, w oddali majaczą blokowiska, słychać nieustanny szum aut z pobliskiej północnej obwodnicy Krakowa. Spędziłem trochę czasu, skacząc po wałach szańca i próbując objąć wzrokiem całe założenie.

Fortyfikacja funeralna: schron, który stał się kostnicą

Po powrocie do Dożynkowej przeskoczyłem na drugą stronę drogi i zacząłem analizować przez rozpadające się ogrodzenie schron amunicyjny Marszowiec, który przerobiono niegdyś na kostnicę szpitalną. Jestem niemal pewien, że na jednej ze starych stron internetowych poświęconych Twierdzy Kraków widziałem zdjęcie jego wnętrza z kamiennym stołem sekcyjnym umieszczonym pośrodku. Makabryczny widok, chciałoby się rzec, że twierdza żyje, gdy jej obiekty pełnią nowe funkcje, ale może w tym wypadku nie jest to właściwe określenie.    

Pędzę Dożynkową. Samotna wyspa drzew pośród pól w pobliżu północnej obwodnicy to szaniec IS V-1, który miałem okazję odwiedzić ostatnio z Adamem, więc tym razem sobie odpuściłem. Po chwili minąłem ulicę Wichrowe Wzgórza i znalazłem się na terenie cmentarza w Bibicach.

Wieczne schronienie

Powinienem jednak napisać, że tak naprawdę znalazłem się na terenie baterii towarzyszącej B1 Marszowiec. Kto by jednak pamiętał o tym, że to dawna fortyfikacja austriacka? Trzy ceglano-kamienne schrony pośród grobowców wyglądają dziwacznie i mocno przypadkowo. Mamy tu do czynienia z zupełnie inna sytuacją niż w przypadku baterii B3 Pasternik, która znajduje się tuż za ogrodzeniem cmentarza w Rząsce, a jakoś nie została przerobiona na nowy, kreatywny element nekropolii.

Centralnie umieszczony schron pogotowia już jakiś czas temu został zaadaptowany na grobowiec księży, w którym aktualnie spoczywa jeden z proboszczy. Czuję ogromny dysonans, patrząc na tę zaskakującą i radykalną zmianę funkcji budowli. To tak, jakby ktoś zimnowojenny schron przeciwlotniczy postanowił przekształcić na rodowe mauzoleum, a betonowy słup Fallkörpersperre na kapliczkę. Przed schronem wymurowano eleganckie schodki, rozwieszono metalowy łańcuch, całkowicie modyfikując jego kontekst przestrzenny. Z daleka założenie wygląda bardziej jak ogródek skalny.

Rozglądam się – schron po stronie wschodniej zachował się w oryginalnym kształcie (zapewne do czasu), zachodni – jest zagrodzony i właśnie trwają przy nim prace. Jestem pewien, że lata temu zaglądałem do niego i był jakimś schowkiem na miotły i zdemontowane z grobowców stare krzyże.

Tablica informuje mnie, że przedmiotem robót jest „remont konserwatorski oraz rekonstrukcja fragmentu umocnień”. Doprawdy, trudno o bardziej kuriozalny tekst. Schron może i wygląda na bardziej zadbany i czystszy, ale uwydatnienie wejścia poprzez usunięcie oryginalnej betonowej przelotni, udokumentowanej na zdjęciach tego obiektu sprzed lat, czy też wprawienie w centralnym punkcie kamienia z sentencją JA JESTEM ZMARTWYCHWSTANIEM I ŻYCIEM trudno nazwać rekonstrukcją, tylko całkowitą zmianą przeznaczenia obiektu. Obiektu, który ewidentnie szykowany jest na kolejny grobowiec, tymczasem z tabliczki można by wysnuć błędne całkiem przypuszczenie, że baterii z jakichś względów jest przywracana zdolność bojowa, należałoby zatem oczekiwać przywrócenia wałów i stanowisk dla dział.

Udaję się do trzeciego schronu, z jednej strony przelotnia zarosła cierniami, z drugiej była lekko przysypana, ale i tak jakimś cudem się tam wślizgnąłem. Wnętrze prezentowało obraz przykrej rupieciarni, dzikiego wysypiska śmieci, na którym znalazło się wszystko – od puszek z piwem po znak drogowy. Przyglądam się cegłom i dostrzegam nagle duże nagromadzenie wielkich, czarnych mrówek. Patrzę uważnie i widzę, jak niekończące się szeregi maszerują bez wytchnienia po wewnętrznej i zewnętrznej stronie muru. Czuję się wręcz przytłoczony ich ilością, co motywuje mnie do wyjścia.   

Niesamowicie daje mi do myślenia funeralna funkcja obiektów, które miałem okazję widzieć, ta intrygująca redefinicja kontekstu i przeznaczenia miejsc, które służyły zadawaniu śmierci, a nie jej celebrowaniu.

Opuszczam cmentarz, próbując zrozumieć lokalne gusta i podejście do dziedzictwa twierdzy, wprzęgniętego w dziedzictwo śmierci.  

Paradoksy Marszowca

Żeby przekonać się o tym, jak naprawdę powinno wyglądać tego typu dzieło fortyfikacyjne, znalazłem się na drugim, lewym barku fortu.

Bateria B3 Marszowiec to podobno najlepiej zachowane tego typu dzieło. Bardzo czytelne linie wałów i osadzonych w nich schronów dają dobre wyobrażenie o kształcie i przeznaczeniu tego miejsca.

Zwracam uwagę, że przyzwyczajony byłem podczas ostatnich wycieczek do poruszania się po odludziach, tymczasem tutaj bateria znajduje się w sąsiedztwie bardzo ruchliwej drogi, dokładnie naprzeciwko domów i sklepu spożywczego – mimo to nie miałem żadnego towarzystwa.

Jeden ze schronów ewidentnie jednak robi za mieszkanie, o czym świadczy koc rozwieszony w wejściu, prowizoryczne ławki i legowiska z jakichś materiałów, w innym z kolei ziemia pod nogami bez przerwy chrzęściła od potłuczonego szkła.

Obrazem, który towarzyszył mi, opuszczając to miejsce, był częściowy jeszcze napełniony powietrzem balon w kształcie duszka, jakby groteskowy komentarz do tego, czego doświadczyłem chwilę temu.

Szkoda, że fort nie może znajdować się w otoczeniu dwóch tak dobrze zachowanych baterii, niestety jedna jest zachowana w stanie niemal doskonałym, podczas gdy druga, bliźniacza, została tylko karykaturą. Nie można mieć wszystkiego.  

Ostatnim akordem wycieczki będzie podziwianie architektonicznej mozaiki Witkowic w czasie brawurowego zjazdu Dożynkową. Na Górnickiego przykuwa moją uwagę żuk na zabytkowych tablicach, zza którego wyłaniają się interesujące zabudowania dworu na Górce Narodowej, przerobionego na PGR.

Archiwalna fotografia czarno-biała z czerwca 1927 roku przedstawiająca potężne zniszczenia po wybuchu prochowni w Witkowicach pod Krakowem. Na pierwszym planie  gruzowisko.
Wybuch prochowni w Witkowicach pod Krakowem. Zniszczenia spowodowane eksplozją oraz akcja ratunkowa. Narodowe Archiwum Cyfrowe, zespół: Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji, sygn. 3/1/0/7/760, 1927 r. Materiał w domenie publicznej.

Geografia absurdu. Piknik w cieniu wielkiego pieca

Wizualizacja modernistycznego godła kamienicy Tańczące Dzieci (Zwierzyniec) w kolorach granatu i złota. Ilustracja symboliczna do eseju o pętli tramwajowej Walcownia w Nowej Hucie, stanowiąca metaforę sielanki w przestrzeni industrialnej.

Gdybym miał wskazać moment, w którym ostatecznie pękła moja definicja miejskiego performansu, wskazałbym ten jeden, konkretny kadr: sielankowy koc rozłożony precyzyjnie między rdzewiejącymi szynami, w samym sercu industrialnego piekła. Jeśli kiedykolwiek odważę się na własną „humanistykę somatyczną” w mieście, jej źródło będzie biło między innymi tam. Zanim jednak nastąpiło to, co będziemy wspominać przez lata, musieliśmy przebyć długą drogę przez tkankę miasta, które nieustannie przepisuje i nadpisuje samo siebie.

Audyt rowerowy

To był dla nas naprawdę intensywny dzień.

Przejechaliśmy wzdłuż niemal całe miasto, żeby szukać śladów przeszłości i obietnic przyszłości, to znaczy zinwentaryzować istniejące do dzisiaj w strukturze miasta, pozbawione pierwotnego kontekstu, relikty kocmyrzówki. Temat na osobny tekst, który wkrótce zostanie wydobyty z archiwum, ale ta mozolna praca w terenie była niezbędnym preludium do tego, co miało nadejść. 

Nasze poszukiwania zapędziły nas daleko na wschód miasta. Skorzystaliśmy z okazji, by z perspektywy siodełka przeanalizować postępy prac przy gigantycznych inwestycjach: węźle mistrzejowickim i nowym odcinku S7. Trudno było mi rozpoznać to miejsce – krajobraz, który utkwił mi w pamięci sprzed budowy, został brutalnie nadpisany przez nową infrastrukturę. Przy okazji miał tu miejsce pewien zabawny incydent, o czym wspomnę przy innej okazji.

Z pętli Wzgórza Krzesławickie, której remont również miał się wkrótce zacząć albo już wtedy trwał, pojechaliśmy na stację kolejową Kraków Lubocza, gdzie dywagowaliśmy o jej przyszłej roli w systemie kolei aglomeracyjnej. Na razie jednak panowała tu absolutna pustka.

Dopiero stamtąd, nasyceni widokiem miasta w budowie, postanowiliśmy udać się na pętlę tramwajową Walcownia. Adamowi zależało na konfrontacji z tym miejscem z uwagi na jego nietypowość na planie Krakowa.

W mieście, w którym panuje ciągły niedobór infrastruktury tramwajowej, średnio kilka razy w roku lokalna prasa karmi nas wizualizacjami linii będących w planach od kilkudziesięciu lat, mamy odcinek torów z paroma przystankami, po którym nic nie jeździ, i pętlę wyłączoną z użytku. Gdy inne dzielnice modlą się o możliwość jazdy „na przedniej platformie tramwaju”, tutaj torowisko zostało dosłownie porzucone i pozostawione same sobie. Dość paradoksalna sytuacja. Postanowiliśmy osobiście skonfrontować się z tym fenomenem.

Cmentarzysko torów

Przecisnąwszy się rowerami przez korki na Blokowej i Łowińskiego, spowodowane budową węzła, po czym znaleźliśmy się na Mrozowa (czy jak niektórzy chcą: Mrozowej).

To jedna z najdziwniejszych ulic w mieście, jakie widziałem. Pośród industrialnego piekła wpadamy na aleję obrośniętą rozłożystym starodrzewiem, z jednej strony flankowaną rozpadającymi się torami tramwajowymi z wiatami przystankowymi i słupami trakcyjnymi, z drugiej rurociągami i absurdalnie dużą, ciągnącą się w nieskończoność halą.

Zagadkowa jest także jej etymologia, o której rozbieżnie informacje można znaleźć w internecie: niektórzy kojarzą ją z bliżej nieznanym inżynierem kombinatu, jeszcze inni z mrozem. Faktycznie, w pobliżu znajduje się ulica Burzowa (parę kilometrów dalej, za kombinatem, również Deszczowa), co tworzyłoby ciekawy zaułek ulic o nazwach związanych ze zjawiskami pogodowymi, ale przecież, jak przytomnie podkreślają internauci, przymiotnik od mrozu to mroźny. Mamy zatem dziwacznie wyglądającą ulicę, która utraciła świadomość własnej tożsamości i własnego desygnatu – ciekawy kontrast dla ulic, które w swoich nazwach zachowały nieistniejący już desygnat (ul. Pod Forem i nieistniejący niestety fort reditowy 9 Krowodrza – odkrycie, o którym z Adamem już nieraz mieliśmy okazję mówić na konferencjach).

Jazda ulicą Mrozowa to jak przekroczenie granicy światów. Szpaler starych topól to architektoniczny żart socrealistycznych planistów. Ustawili je w karnym szeregu, jakby miały udawać aleję wjazdową do szlacheckiego dworu. Ale na końcu tej osi nie czeka żaden pałac, lecz rozpadająca się pętla. To dworski park dla suwnic i wielkich pieców, po którym nie jeżdżą karety, lecz tiry. Zresztą, widział ktokolwiek aleję prowadzącą do dworu, wysadzaną drzewami, której towarzyszyłoby torowisko tramwajowe?

Na końcu niedorzecznej alei czekała na nas nagroda – niedorzeczna pętla, cmentarzysko torów. Rozpadające się sygnalizatory, rdzewiejące słupy trakcyjne ze zwisającymi kablami. Adam przystępuje do dokumentacji, ja tymczasem chłonę ten przedziwny, zdegradowany, postapokaliptyczny krajobraz. Patrząc na rdzewiejące słupy i sygnalizatory, torowisko zachłannie zagarniane przez trawę i wszechobecne, przytłaczające zakłady przemysłowe, czuję się niemal jak na urbexie w Czarnobylu.

Kto by się spodziewał, że mamy przed sobą scenę, na której rozegra się zaraz pierwszorzędne widowisko, a my swoim przybyciem zakupiliśmy bilety w pierwszym rzędzie.

Błąd w Matrixie: piknik pod wielkim piecem

Stojąc przy samym wjeździe, spostrzegliśmy, jak dosłownie znikąd na pętle wmaszerowuje dwoje ludzi pchających dziecięcy wózek.  Zatrzymują się na środku trawiastego kółka opasanego martwymi szynami i jakby nigdy nic przystępują do piknikowania. Rozsiadają się na kocu, nie pamiętam, czy małe dziecko od początku maszerowało z nimi za rączkę, czy zaczęło biegać wokół koca z jedzeniem dopiero po wyjęciu z wózka, to nieistotne. Po jakimś czasie chyba zaczęli bawić się piłką, na co patrzyłem z pewnym rozrzewnieniem. Przyglądaliśmy się temu niecodziennemu zjawisku w milczeniu, nie wchodząc w żadne interakcje z niezapowiedzianymi przybyszami.

Wokół pohukiwały tiry, narzędzia i cała masa otaczającego nas żelastwa.

To nie był żaden artystyczny performans. Pośród przytłaczających zakładów przemysłowych toczyła się najzwyklejsza, sielankowa scena rodzinnego popołudnia.

Postanowiliśmy nie przerywać tego fenomenu i oddaliliśmy się na rowerach od tej niedorzecznej sceny równie niedorzeczną scenografią, jaką jest ulica Mrozowa. Podczas jazdy analizowaliśmy jeszcze stan torowiska i wiat przystankowych wzdłuż ulicy, by odjechać stamtąd już na dobre.  

Geografia absurdu

Pośród industrialnego piekła toczy się ta niewytłumaczalna dla mnie sielanka. Gdyby to był trawnik w środku Parku Jordana czy środek Błoń, nic by mnie nie dziwiło, ale ten zdegradowany, nietrakcyjny sztafaż absolutnie nie pasuje mi do popołudniowego pikniku.

Adam pokaże na swoich zajęciach, że wbrew pierwotnym założeniom badawczym, pętla jest nadal w użyciu, tylko na trochę innych zasadach, niż można by oczekiwać. Przyjechaliśmy tam badać cmentarzysko infrastruktury, a dostaliśmy lekcję o witalności miasta. Życie nie znosi próżni. Nawet w scenerii postapokaliptycznej niczym ze Stalkera, zwyczajność potrafi „zhakować” przestrzeń i nadać jej nowy, ludzki sens.

Mało brakowało, a Walcownia pozostałaby w moich notatkach jedynie jako klasyczny przykład nie-miejsca. Gdyby nie ten niepozorny epizod, nie miałbym w ogóle ochoty opisywać naszej wycieczki, nie byłoby w niej raczej nic nadzwyczajnego poza inwentaryzacją pewnej części miasta, która z naszego punktu widzenia była interesująca.

Do mojego słownika „piknik na pętli Walcownia” przejdzie jako określenie czegoś absolutnie niespodziewanego, absurdalnego, niedorzecznego, ale jednocześnie zmuszającego do refleksji. Jako przykład działania, które umyka prostym kategoryzacjom. Pojechaliśmy tam, żeby poczuć postapokaliptyczny krajobraz infrastruktury wyłączonej z użycia, a otrzymaliśmy obraz zwyczajnego życia tętniącego w najbardziej nieoczekiwanym miejscu. To oczywiście skłoniło nas wówczas do refleksji, co też przydarzy nam się kolejnym razem, w innym miejscu – nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Z perspektywy archiwum mogę jednak zdradzić, że przytrafiło nam się kilka tego typu zdarzeń, choć nie aż tak widowiskowych.  

Poza tym, kto jest większym dziwakiem: odpoczywająca rodzina czy dwójka rowerzystów, która zjechała całe miasto wzdłuż, chcąc zobaczyć stertę rdzewiejących torów, a przypadkiem zobaczyła tych pierwszych i nie może się nadziwić?

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło

Nota o ilustracji tytułowej:

„Tańczące dzieci w lesie” (godło kamienicy przy ul. Marcina Borelowskiego-Lelewela 5). Wizualizacja autorska (Maciej Wcisło). Zamieszczam ten modernistyczny symbol sielanki jako kontrapunkt dla industrialnej melancholii walcowni. To wizualny cytat z tradycji ilustrowania krakowskich legend godłami kamienic z książki Bronisława Heyduka – tutaj godło staje się komentarzem do niesamowitości pikniku w cieniu wielkiego pieca.