Schron na złom?
W ramach ponownych wizyt w obiektach krakowskiej twierdzy postanowiłem tym razem ponownie przyjrzeć się baterii towarzyszącej B3 Pasternik, sąsiadującej z cmentarzem w Rząsce. Miałem okazję zwiedzić ją pobieżnie z Adamem któregoś lata (zeszłego? Już tracę rachubę…), gdy wobec wszechobecnych chaszczy trudno było cokolwiek dojrzeć i się przemieszczać.
Pędzę więc tradycyjnie Łokietka, dalej ulicą Gaik, mały skrót przez lasek z boiskiem Klubu Sportowego Bronowicki, by po krótkiej regeneracji w Action przy Jasnogórskiej znaleźć się na Chełmońskiego i dalej na Ojcowskiej. Urzekają mnie tutejsze resztki dawnej drewnianej zabudowy Bronowic, które prędzej czy później będą musiały ustąpić nowszym budynkom.
Moim pierwszym przystankiem był schron amunicyjny Podchruście (GMM 6), jeden z kilkunastu tego typu obiektów w całej twierdzy. Cegła na fasadzie uległa takiemu zniszczeniu, jakby ją ktoś ostrzelał z moździerza. Jest to dla mnie o tyle szokujące, że poznając schrony pogotowia baterii znajdujących się w sąsiedztwie, niejednokrotnie podziwiałem niemal gładkie i błyszczące w słońcu lica cegieł, jakby dopiero ktoś je ułożył, tutaj absolutnie ta prawidłowość nie zachodzi.
Pozbawiony płaszcza ziemnego i przerobiony zapewne na jakąś rupieciarnię schron prezentuje się nieco przytłaczająco. Niestety na jego prawym barku ktoś dostawił szpetną przybudówkę z pustaków, która pasuje tutaj jak pięść do nosa.
Pamiętam, że podczas ostatniej wizyty w tym miejscu tak intensywnie dyskutowaliśmy z Adamem przed zamkniętą, oryginalną (!) bramą schronu, że aż wyszedł nam naprzeciw sam właściciel obiektu, prowadzący tutaj chyba jakiś warsztat samochodowy, hurtownię czy cokolwiek innego. Musieliśmy wyglądać na bardzo podejrzanych i niebezpiecznych, zapewne trzeba było liczyć się z faktem, że wywieziemy cały schron cegła po cegle w sobie tylko znanym kierunku (już jeden schron potraktowano jak klocki LEGO, przenosząc go w nową lokalizację – GMM 12 Dłubnia). Starszy mężczyzna zapewniał nas wówczas, że wszystko tu jest oryginalne (rzeczywiście, schron miał o tyle szczęścia, że zachował metalowe okiennice i bramę). Tym razem jednak nikt nie wyszedł na spotkanie ze mną – zrobiłem parę zdjęć i pojechałem dalej.
Paradoksy cmentarnego sąsiedztwa
Dalej trasa biegnie Okrężną i Starego Dębu, by koło wjazdu na doskonale mi znany poligon na Pasterniku (w archiwum czeka tekst o tym, jak złożyłem na nim swoją ofiarę bóstwu Subordynacji) przejechać pod estakadą i znaleźć się na terenie małego cmentarza w Rząsce. Postanowiłem przejść przez środek nekropolii i tylną furtką dostać się na teren baterii.
Na cmentarzu moją szczególną uwagę zwróciła dość nieudolnie wykonana figura Chrystusa z blachy, którego twarz prezentuje dość przykre zmęczenie i zażenowanie, a nieumiejętnie wymodelowane włosy wyglądają bardziej jak sprężyny czy posklejany makaron niż jak przyzwoitej jakości dzieło sztuki funeralnej.
Za ogrodzeniem rozpościera się bateria towarzysząca B3 Pasternik. Formy ziemne są dość czytelne w terenie, niestety wszędzie walają się nieprawdopodobne ilości śmieci. Zachowały się wszystkie trzy schrony pogotowia w całkiem niezłym stanie. Niestety jeden z nich został przerobiony na wysypisko śmieci i nawet nie odważyłem się do niego wejść, wnętrze zawalone było wszelkiej maści syfem tak do połowy wysokości.
Uderzyło mnie to już przy pierwszej wizycie w tym miejscu. To dość znamienne, że nawiedzających tę poświęconą ziemię nie razi fakt, że stare znicze czy wiązanki zdjęte z grobów i przerzucone na drugą stronę ogrodzenia cmentarza szpecą i niszczą zieleń? Czy percepcja tych osób ograniczona jest wyłącznie murami nekropolii i ważne, żeby tylko groby były uporządkowane, a poza tą sakralną przestrzenią może już się dziać cokolwiek? To dla mnie dość oburzające i krótkowzroczne.
Przemierzając baterię co chwilę potykam się o porzucone buty, ubrania, plastikowe doniczki, wypalone wkłady, butelki, pełno zniczy i sztucznych kwiatów, na drzewach pozawieszane szmaty. Jeden ze schronów, jak wspomniałem, został przerobiony na śmietnik – mimo to śmieci walają się po całym zagajniku porastającym to dzieło obronne. Pozostałe dwa schrony pogotowania prezentują się nieco lepiej. Podziwiam, jak wysokie drzewa urosły na stropodachach.
Tożsamość zapisana w cegle
Analizując schron znajdujący się skrajnie po prawej stronie założenia, zatem najbliżej fortu Pasternik, gdzieś mignął mi czarny napis z podpisem jakiejś osoby: „Deszcz – CZARKA TAŚ – TAŚ TADEK (CIPAK [?]) 27 V 48”. Przypomniałem sobie wówczas, że faktycznie nie tylko turyści, ale i żołnierze służący w fortach mieli w zwyczaju pozostawiać swoje podpisy na cegłach fortów. Prezentowano mi takie chociażby podczas ostatniego oprowadzania w forcie św. Benedykt przed jego remontem, ujawniłem sporo takich podczas samotnej wycieczki na kaponierze obrony wjazdu fortu Lasówka (niestety trzeba było się sporo natrudzić, próbując je dojrzeć pod wszechobecnym graffiti).
Oprowadzający po Benedykcie martwili się, czy podpisy nie znikną po remoncie fortu. Jeden ze znajomych, któremu to relacjonowałem, twierdził, że tego typu artefakty nie mają żadnej wartości historycznej i nic byśmy nie stracili, gdyby je zniszczono (i mówi to historyk, specjalista od dziedzictwa!). Inny – również historyk – kontestował w ogóle zasadność zachowywania jakichkolwiek fortów na terenie Krakowa, może wspaniałomyślnie należałoby zostawić jakiś jeden dla przykładu (tego nie będę nawet komentował).
Tymczasem dla mnie te podpisy to jeden z najbardziej ludzkich, głęboko humanistycznych momentów w zwiedzaniu fortyfikacji. Czyjaś tożsamość, czyjś namacalny ślad utrwalony w cegle. Nie mam pojęcia, kim były te osoby, ale wiem, że z jakichś względów postanowiły uwiecznić się w ten oto osobliwy sposób. Kto wie, czy w przypadku niektórych nie będzie to jedyny bądź jeden z niewielu śladów (poza metrykami) bytności na tym świecie? Nie wiem o tych osobach nic poza tym, że pewnego razu postanowiły wyryć swoją tożsamość na austriackich cegłach, które po stu latach jeszcze (wbrew kolegom historykom i PRL-owskim burzymurkom) stoją na swoim miejscu, dzięki czemu mogę je teraz podziwiać i głowić się nad antropologią podpisu w fortyfikacyjnej cegle w ramach marcowego popołudnia. To właściwie krytyka genetyczna, tylko materią nie jest kartka i pióro/ołówek, lecz czerwona cegła i jakiś rylec, nożyk.
Zacząłem więc szukać, przyglądać się każdej cegle. Dość szybko moja dociekliwość została nagrodzona. Przeżyłem mały wstrząs, bowiem ujrzałem wyrytą w cegle datę 1940, nieco nad nią „JESZCZE P[olska]” i data 1942. Czyżbym trafił na jakieś patriotyczne uniesienie z samego serca niemieckiej okupacji, utrwalone w austriackiej cegle? Zakładając autentyczność napisu – tak. Na tej samej ścianie inicjały TK, data 1922. Patrzę dalej: „W Büss in Desloch [?]”, „40958 Bzuandel Julian [?]”…
Pasternik – gdzie leży prawda?
Zastanawiają mnie te okupacyjne daty. W 1941 niemieckie władze okupacyjne poszerzyły granice Krakowa między innymi o Tonie, Bronowice Małe i Bronowice Wielkie, w lesie niedaleko znajduje się postument z herbem Krakowa (pozbawiony swastyki w miejscu orła w otwartej bramie), będący dawną formą „witacza”. Następnym razem zamierzam mu się dokładnie przyjrzeć. Analogiczny, przy skrzyżowaniu ulic Myślenickiej i Łężce, jest łatwiejszy do zobaczenia…
Nie są mi znane losy baterii w czasach okupacji niemieckiej, ale kto by ryzykował zjawianie się tutaj i rycie w cegłach tuż przy eksponowanym wjeździe do miasta? Czy sam fort był przez całą okupację obsadzony przez Niemców i ktoś pod ich nosem pisałby po ścianach? Być może kiedyś uda mi się dowiedzieć o tym więcej.
Jest to o tyle ciekawe, że w opracowaniach dotyczących twierdzy nadal pokutuje narracja żywcem z PRL-u, wpisana w mitologizującą narrację „manewru, który ocalił Kraków”. Jak bowiem czytamy: „W 1944 roku Niemcy zlokalizowali tu [w forcie Pasternik] centralę minerską, za pomocą której planowali wysadzenie w powietrze większości najcenniejszych krakowskich zabytków i obiektów użyteczności publicznej. Dzięki ruchowi oporu i krakowskim patriotom do tej zbrodni nie doszło”[1].
Krytyka genetyczna i palimpsest miasta
Przyglądam się tym cegłom i przyglądam, aż w końcu naprawdę mnie zamurowało. Schron pogotowia posiada na swojej fasadzie kamienną wnękę, nad którą eleganckie zwieńczenie wykonano z cegieł. I właśnie przyglądając się tym cegłom nad wnęką zauważyłem, że niemal na każdej z nich wydrapano jakiś podpis, tak jakbym miał przed sobą rozłożoną niczym wachlarz talię wizytówek. Przy jednym podpisie data 30 VI 1945, obok 29 VI 45 r., na innej nazwa Lida z podkreśleniem, a ja jeszcze innej wręcz starannie wykaligrafowane: „Anton Deuz[…] Altenmarkt a/d Ysper[tal]”.
Wracałem przez Bronowice z poczuciem satysfakcji. To popołudnie utwierdziło mnie w przekonaniu, że rygor badawczy wypracowany w ciszy archiwów z pełnym sukcesem znajduje zastosowanie w zgoła odmiennych realiach. Jeśli rękopis jest zapisem procesu twórczego, to lico austriackiej cegły, naznaczone podpisem żołnierza czy turysty sprzed kilkudziesięciu lat, staje się taką samą kartą z dziejów ludzkiej obecności.
Nie ma dla mnie aż takiej różnicy w powadze analizy skreślenia w wierszu czy analizy rytu na murze fortu. W obu przypadkach szukam tego samego: namacalnego śladu człowieka, który rzuca wyzwanie zapomnieniu. Humanistyka terenowa, uprawiana w chaszczach Pasternika, dała mi dzisiaj cenną lekcję uważności i cierpliwości.
[1] H. Łukasik, Twierdza Kraków znana i nieznana. Przewodnik turystyczny, cz. II: Odcinek zachodni i południowy. Od traktu Olkuskiego do dolnej Wisły, Kraków 2001, s. 38. Podobnie wypowiada się na ten temat J. Bogdanowski, Warownie i zieleń Twierdzy Kraków, Kraków 1979, s. 253.




