Czego mnie nauczyły notatniki Wittlina?
Biurko ma swoją określoną wyporność i wytrzymałość. Moje osiągnęło wreszcie stan krytyczny. Przez lata, zamiast sterylnej przestrzeni do pracy, miałem przed oczami chaotyczny przekrój całej dekady. Notatki z wykładów sprzed kilku lat, ksera artykułów na dawno zaliczone zajęcia, odbitki zdjęć z wycieczek, bilety z nieistniejących już wystaw, cudze wizytówki, porywy młodzieńczego geniuszu i dowody sromotnych klęsk. Cały ten twórczy bałagan zaczął ciążyć. Biurko przestało być przestrzenią do bieżącej pracy, a stało się archiwum, pozostawiając mi tylko skrawek miejsca, jakkolwiek umożliwiający bieżącą pracę.
Dla kogoś z zewnątrz to bezwartościowy bałagan. Dla mnie, badacza rękopisów wychowanego na Biasim, Jaworskim i Antoniuku to klasyczne dossier genezy. Materia, z której dopiero ma szansę wyłonić się sens, który na razie zastygł w fazie potencjalności.
Od kilku lat zajmuję się naukowo procesem twórczym. Piszę doktorat, analizuję zapiski Józefa Wittlina, uczę się jego charakteru pisma, sposobu organizacji notatek, typów skreśleń, całego języka symboli, wewnętrznych odesłań, skrótów. Jako pierwszy próbuję kompleksowo podejść do zagadnienia jego archiwum, które w dużej mierze jest smutnym cmentarzyskiem niezrealizowanych wizji – wielkich idei, którym nie dano szansy na zaistnienie w druku. Czuję spoczywający na mnie ciężar odpowiedzialności za przedstawienie tego bogactwa światu, a jednocześnie trudno nie czuć przykrości, że cały ten materiał został niejako zmarnowany, mimo że są tam zalążki arcydzieł na miarę tych, które Wittlin faktycznie zrealizował do końca i zaprezentował je światu.
Pisarz stał się więc dla mnie przestrogą. Patrząc na jego archiwum – na te wszystkie wielkie, niedokończone projekty, na „rozgrzebane” powieści, które utknęły w martwym punkcie perfekcjonizmu – poczułem chłód. Jestem naocznym świadkiem jego zmagania się z samym sobą, obserwatorem czy wręcz już współuczestnikiem jego frustracji. Ludzie mówią mi w tym kontekście: „Nie bądź Wittlinem” – wiem, że nie mogę sobie na to pozwolić. Wiem, że chcę być kustoszem własnego niespełnienia. Nie chcę, by moje pomysły podzieliły los dalszych części Trylogii o cierpliwym piechurze – wiecznie obiecywane (sobie i innym), nigdy niedomknięte.
To właśnie w zderzeniu z archiwum autora Soli ziemi uderzyła mnie jeszcze inna myśl, o wiele groźniejsza niż lęk przed wspomnianym już niespełnieniem. Uderzyła mnie moja własna hipokryzja.
Jak mogę wiarygodnie pisać o cudzym procesie twórczym, nie panując nad własnym? Jak mogę analizować wahania pióra Wittlina, interpretować jego zmagania, dossier genezy, skoro moje własne piętrzy się na biurku, w szufladach i pudłach niepoddane żadnej refleksji?
Stanisław Jaworski w fundamentalnej pracy o jakże wymownym tytule Piszę, więc jestem traktował o literaturze jako o nieustannym „stawaniu się”, o pisaniu jako jedynej metodzie konstytuowania podmiotu. Foucault nazywał to sobąpisaniem. Jeśli to prawda – a czuję, że tak – to milcząc i gromadząc notatki w ciemności szuflady, tak właściwie odmawiam sobie prawa do istnienia i do własnego głosu. Jestem badaczem, który teoretyzuje o pływaniu, stojąc bezpiecznie na brzegu… Podczas gdy powinienem rzucić się w nurt écriture – pełnego napięć procesu zmagania się podmiotu z materią języka, bo zdaje się zapomniałem, że mam wyrobioną kartę pływacką i wzorcowo pływam klasykiem (kończę doktorat o procesualności tworzenia, mam na koncie kilka dobrych analiz krytycznogenetycznych).
Nie otwieram więc tych szuflad z pragnienia bycia docenianym tu i teraz (przypomina się esej Wittlina Pisma pośmiertne). Robię to w imię metodologicznej uczciwości. Nie mogę być jedynie chłodnym analitykiem cudzych skreśleń. Muszę sam poczuć opór materii literackiej, a nie tylko naukowej. Muszę przejść przez frustrację selekcji, by „odpowiednie dać rzeczy słowo”, przez ten moment, w którym – jak pisał Biasi – myśl zastyga w ostateczny kształt, tracąc swoją potencjalność, zyskując istnienie.
Nie mogę pisać jedynie o cudzej twórczości, samemu przy tym nie tworząc. Opracowanie cudzej twórczości nie jest dla mnie twórczością par excellence, stać się nią może wyłącznie to, co wynika bezpośrednio ze mnie, mojego spojrzenia na świat. Z mojej twórczej sprawczości.
Twórczość jako (jedyny) sposób bycia
To, co zacznie się tu pojawiać, to moje laboratorium autopoiesis. To literackie fundamenty tożsamości. Znajdziecie tu w pierwszej kolejności zapisy wizji lokalnych i próby uchwycenia „ducha miejsca”, często pisane pod wpływem impulsu i silnych emocji – zachwytów, wzruszeń, ale i frustracji.
Wiele z tych dokumentów latami czekało na moment swojego zaistnienia szerzej niż tylko w gronie najbliższych (nierzadko bohaterów tych opowieści) czy też istniało wyłącznie w relacji ze swoim autorem i jego puchnącymi segregatorami. Część czekała dwa lata, inne dziesięć. Archiwum ożywa, by wprawić w ruch mechanizmy, które są niezbędne do zaistnienia tekstów nowych, aktualnych. To podróż do korzeni mojej wrażliwości, ale zarazem do siebie samego sprzed lat, o którym zdaje się, że w piekle codzienności zdążyłem już zapomnieć. Nie da się jednak budować gmachu swojego życia bez ustabilizowanych fundamentów.
System wymaga ruchu. Pracownia musi żyć, papier musi cyrkulować, stara myśl musi zostać uwolniona, by zrobić miejsce na nową. Bo nowe już czeka w przedsionku, ale nie wejdzie, dopóki stare papiery blokują drzwi.
Zapomniałbym o sprawie najbardziej przyziemnej i wstydliwej. Muszę to zrobić, bo nikt inny się w tym nie rozczyta. Za parę lat – ja sam również. Moje pismo, pod wpływem pośpiechu i chęci natychmiastowego zapisu wrażenia, ewoluuje w stronę lekarskiej abstrakcji. To błękitne fale na oceanie nie zawsze białej kartki. Zamaszyste litery stygną. Nie każdy może mieć tyle cierpliwości do moich bazgrołów, co ja do rękopisów Wittlina. Jeśli nie przepiszę tego teraz – póki pamiętam kontekst, emocję i ten dziwny niepokój, który towarzyszył mi podczas samotnego przecinania ciszy i przestrzeni o północy na rowerze na odludziu czy w ruinach fortu – te notatki staną się bezwartościowe. Nie zostawię po sobie czytelnego archiwum, więc muszę je „upublicznić”, by je w ogóle ocalić.
Otwieram szuflady. Zanim będzie za późno. Bądźcie uważni na to, co dla Was przygotowałem.



