Podziemna struktura miasta

Atrybuty badacza – mapa, latarki i kabanosy

Adamowi R. Parolowi – z wdzięcznością

Od dłuższego czasu nie mogłem się doczekać tego dnia. Zapakowałem niezbędny sprzęt, przede wszystkim kilka latarek oraz konieczne do poprawy morale kabanosy, po czym pędem ruszyłem na umówione miejsce zbiórki. Gdy wyjeżdżałem z domu, byłem bardzo zmartwiony, bo mimo wielokrotnego upewniania się, że pogoda będzie nam sprzyjać, zaczęło delikatnie padać. Stwierdziłem jednak, że już nic nie jest w stanie przeszkodzić nam w realizacji planu.

Spotkaliśmy się pod Kapelanką, gdzie na zachętę (i dla odwrócenia uwagi od mojego kilkunastominutowego spóźnienia) poczęstowałem Adama kabanosem. Ruszyliśmy Twardowskiego w stronę Zakrzówka. Skierowaliśmy się na Norymberską, a potem w stronę Tynieckiej, by następnie odbić w niedaleko Rodzinnej.

Tym sposobem znaleźliśmy się na terenie Uroczyska Górka Pychowicka – w lesie, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Przypięliśmy rowery do szlabanu i wkroczyliśmy w nieznaną gęstwinę.

Zaufaj geografowi!

Po paru minutach marszu i dyskusji nad mapami rozpościera się przed nami niewielka polanka, ograniczona z prawej strony skałą, którą typowałem na idealną do ulokowania w niej kawerny. Po krótkim przekomarzaniu się i zarzutach z mojej strony, że zanadto oddalamy się od obstawianego przeze mnie miejsca, Adam dumnie wskazał piękne wejście, odcinające się znacząco swoją geometrią od nierównych skał. Będzie to zresztą jeden z wielu argumentów lansowanych przez Adama, że w ramach wycieczek terenowych powinienem „zaufać geografowi”. Z satysfakcją spostrzegłem, że krata zamocowana w wejściu jest uchylona – nieme zaproszenie do innego świata. Po odpaleniu latarek zanurzyliśmy się w wiejącą chłodem, niemal namacalną ciemność. Tym sposobem zwiedziłem pierwszą z prawdziwego zdarzenia kawernę.

Przed wycieczką widziałem tyle zdjęć i planów, że powinienem być przygotowany na to, co zobaczę. Żadne jednak zdjęcie nie jest w stanie zastąpić doświadczenia tego na własnej skórze. Snopy światła odsłaniają coraz to dalsze partie skalnego labiryntu, języki światła skaczą po chropowatych skalnych ścianach, wydobywając z niebytu kolejne przejścia i pomieszczenia. Przyjemny chłód, ciemność, ciekawość i ekscytacja całkowicie nami zawładnęły. Zachłannie odkrywaliśmy tę nową dla nas przestrzeń.

To, co uderza najbardziej, to dysonans, z którym umysł z początku nie jest w stanie sobie poradzić. Widzę bowiem dziką, pierwotną materię – ostre krawędzie skał, nieregularne wyżłobienia, surowy kamień, który wygląda, jakby został wyszarpany naturze siłą. Z drugiej jednak strony, gdy zmieniam oświetlenie i spoglądam w głąb tunelu, dostrzegam przerażającą wręcz precyzję. To nie jest twór natury. To brutalna geometria narzucona geologii.

Sarkofag od linijki

Ściany, mimo swojej chropowatości, trzymają idealny pion. Strop, choć poszarpany, zamyka przestrzeń w nienaturalnych, pudełkowych ryzach. Tylko że to „pudełko” ma zwodnicze, klaustrofobiczne wymiary. Według planu stoję w korytarzu o szerokości zaledwie czterech metrów, który jednak strzela w mrok prostą linią na długość blisko czterdziestu metrów. Jesteśmy na całkowitym pustkowiu, toniemy w ciemnościach, a nad nami spoczywają tony litej skały.

Jesteśmy więc zawieszeni między masywem skalnym, ciemnością, a pudełkową próżnią, którą coś każe nam zbadać, oswoić.

To napięcie między naturalnością a geometrycznością jest hipnotyzujące i niepokojące zarazem: jakby wejść do dzikiej jaskini, którą ktoś wykreślił od linijki. Wchodząc głębiej, czujesz się jak intruz w ciele góry, wędrując korytarzem, który jest pomnikiem ludzkiego uporu w walce z geologią. Latarka wyrywa z ciemności tylko fragmenty tej układanki, resztę pozostawiając w sferze niedomówienia.

Austriacka ścieżka w niebyt

Kolejnym celem naszej wyprawy były dwie jednokomorowe kawerny w Pychowicach. Udało mi się zlokalizować w terenie wąwóz, uformowany podobno przez Austriaków specjalnie jako droga dojazdowa do tych obiektów. Dziś jednak żaden trakt już tamtędy nie prowadzi. Wąwóz jest gęsto zarośnięty i skutecznie broni dostępu do miejsc, do których kiedyś miał go ułatwiać – znak czasu.

Po kilku minutach przedzierania się przez krzaki dotarliśmy na ostatni odcinek wąwozu. Znaleźliśmy tam miejsce na ognisko, skałki i rozwidlenie ścieżek prowadzące do dwóch kawern. To niezwykle urokliwy zakątek – wspólnie z Adamem skojarzył nam się ze „skalnym miastem”. Wszechobecna zieleń, gąszcz paproci, skały i wisząca w powietrzu ciężka wilgoć sprawiały wrażenie, jakbyśmy – niczym Indiana Jones – eksplorowali egzotyczną dżunglę. Sama kawerna okazała się niewielka, złożona tylko z jednego większego pomieszczenia, ale jej odnalezienie i tak dało nam sporo satysfakcji.

W kolejnej kawernie uderzył nas niesamowity kontrast. Kontrast sprawiającego wrażenie całkowicie naturalnego, nieregularnego wejścia z halą, która otwiera się tuż za nim. We wszystkich odwiedzonych przez nas tego dnia obiektach w głąb skał prowadził nas wąski, obetonowany tunel. Tutaj natomiast geometryczne pomieszczenie pojawia się niemal natychmiast po przekroczeniu dzikiego, jaskiniowego otworu.

Kubatura pomieszczenia, dzieła jakby zrobionego od linijki, bardzo jaskrawo kontrastuje z wejściem. 

Przystanek – nieistniejący fort

Rowery odpięte, mapa sprawdzona, podążamy dalej. Przystanek autobusowy „Fort Bodzów” prowokuje nas do dyskusji, kto i kiedy zadecydował, że taka nazwa przystanku będzie odpowiednia. Czy smutne ruiny fortu, bezmyślnie zburzonego za komuny, są aż tak obecne w świadomości mieszkańców, że postanowiono uczynić z nich istotny punkt odniesienia i nazwać tak przystanek?

Rowery znów zostawione w bezpiecznym miejscu, pniemy się do góry ścieżką sprawiającą wrażenie wąskiego trawnika między domami. I chociaż jedna z odnóg tej ścieżki prowadzi do czyjejś posesji, ta druga, wijąc się na tyłach innego domu, doprowadza nas do dużo porządniejszej drogi, zmierzającej w stronę smutnych ruin Bodzowa.

Niestety nici z podziwiania znakomitej panoramy miasta, zostaje jedynie spacer pośród smutnych ruin bezsensownie zniszczonego fortu. Pierwszy raz byłem tutaj, gdy jako nastolatek wymknąłem się ze wspólnego przesiadywania z tatą w biurze, niemniej jednak czułem się wtedy w tej obcej sobie okolicy dość niekomfortowo (ruiny, urwiska, kamieniołomy i świadomość istnienia jakichś tajemniczych tuneli – to wszystko działało na mnie wtedy chyba trochę przytłaczająco, ale jednocześnie przyciągająco, żeby się tu zjawić).

Spotykamy dwie panie jadące konno (co bardzo mnie zaskoczyło), po kilku minutach marszu pośród ciekawej roślinności stanęliśmy nad przepaścią.

Naszym oczom ukazał się iście księżycowy krajobraz kamieniołomu w Bodzowie.

Skalny labirynt pośród ruin

W jakiś instynktowny sposób przeprowadziłem nas kluczącymi tu i ówdzie ścieżkami. Miniaturowa polanka, a obok niej w zaroślach wejście do kawerny, niestety zakratowane.

Wiele lat temu z Krzyśkiem lub Andrzejem musiałem być tu po raz pierwszy, ale pamiętam tę sytuację jak przez mgłę – chyba dostrzegłem gdzieś z góry wejście do kawerny, ale stchórzyliśmy, twierdząc, że nie mamy wystarczająco mocnego światła czy nie chciało nam się przedzierać przez chaszcze (a może to był wówczas tylko pretekst). Zakratowane wejście… Cóż z tego, skoro tych było kilka.

Zainteresowała mnie bardzo słabo dostrzegalna ścieżka odchodząca od polanki i kiedy Adam rozmawiał przez telefon, postanowiłem zanurzyć się w te zarośla i w odległości zaledwie kilku metrów znalazłem równoległe wejście do poprzedniego. Co najważniejsze – otwarte.

I znów zanurzamy się w ciemność tajemnicy i kuszący chłód, który sprawia, że aż nie chce nam się wychodzić z powrotem na tę duszną, deszczową pogodę. W wielkiej hali przywitał nas niedorzecznie przewrócony na środku fotel, poza tym chyba żadnych wielkich niespodzianek.

Moją specjalnością jest podziwianie wielkich krzemieni wystających ze ścian (jako dziecko miałem słabość do krzemieni), analizowanie nacieków i nalotów na skałach. Żałujemy, że nie ma wśród nas geologa, który potrafiłby nam powiedzieć dużo więcej na temat tego, na co właściwie patrzyliśmy.

Wejście wycelowane w kierunku kamieniołomu zakratowane. Pamiętam opisy tej kawerny krzyczące dużymi literami o ogromnym niebezpieczeństwie. Brzmiały one tak, jakby człowiek nieświadomie szedł w kierunku światła i momentalnie (z chwilą znalezienia się w otworze wejściowym) spadał w przepaść – zaręczam, że tak to nie wygląda. Oryginalnie cała kawerna przecież znajdowała się w skale, zatem kamieniołom musiał nieco w tym miejscu naruszyć jej strukturę – betonowe płyty stanowiące tunel wejściowy powinny przecież tkwić w skale, a nie stać luzem, jak wynika ze zdjęć i tego, co dojrzałem przez kratę… No i właśnie, wyjście to ulokowane jest równolegle do przepaści, a nie prosto w nią.

Schodzimy z Bodzowa i docieramy do kawerny Kostrze. Pogoda nas nie rozpieszcza, ale towarzyszy nam chora wręcz determinacja.

Od podpisu saperów do pieczarek

Wejścia do kawerny w Kostrzu broniła bramka, nie została ona uchylona i otwarta, lecz brutalnie wyrwana z zawiasów i porzucona obok.

Po wejściu do środka uderza nas zasadnicza różnica względem poprzednich obiektów. Tu nie ma dysonansu między naturalną skałą a jej nienaturalnym kształtem, bo skały tutaj po prostu nie widać. Jest czyste przytłoczenie wszechobecnym betonem i cegłami. Wchodząc w głąb, ma się wrażenie wkraczania do schronu przeciwatomowego, a nie do kawerny z czasów Wielkiej Wojny. Betonowy pancerz szczelnie otula przestrzeń, tworząc zimny, przytłaczający tunel. Choć obiekt służył kiedyś jako pieczarkarnia (stąd pozostałości pieca), to żadnej pieczarki jednak nie zastałem, dziś  „ozdobą” tego miejsca są zwisające smętnie kable. To miejsce odarte z jaskiniowej tajemniczości, za to dobitnie świadczące o militarnej, ludzkiej ingerencji w przestrzeń.

Mimo tego surowego, industrialnego chłodu, za największy atut kawerny i dodatkowy bodziec do jej odwiedzenia uznałem tablicę przy wejściu, będącą wizytówką i podpisem jej twórców, jaskrawo odcinająca się swoją barwą i strukturą od wszechobecnego betonu. Czy mała kawerna kuta w skale to aż tak duże przedsięwzięcie inżynieryjne, że wymagało takiego upamiętnienia?  Nie wiem, ale jestem wdzięczny jej twórcom, że zostawili po sobie tak wyjątkową pamiątkę. Jakoś mnie to rozczula.

Przy zawalonym wejściu, świecąc po suficie, dostrzegłem małego nietoperza. Nie budźmy go, chodźmy dalej.

Zwyczajna kapliczka?

Wracamy do rowerów, przed nami jeszcze dwie zaplanowane na dziś kawerny – kawerna „Pod Kapliczką” miała być zamknięta kratą przez lokalnego księdza (tyle wyczytałem na różnych mądrych stronach). I faktycznie, jedno wejście było zastawione kratą, na dodatek znajdowało się w jakiejś jamie poszatkowanej korzeniami drzew, choć może jakoś bym się prześlizgnął szparą w kracie, gdyby była taka potrzeba…

Po drobnym rozczarowaniu tym faktem zarządziłem jednak obejście kapliczki. Opłaciło się to, bo już po chwili wskazywałem triumfalnie kolejne wejście.

To chyba najbardziej odrealnione miejsce, jakie tego dnia odwiedziliśmy. Wchodzi się głęboko pod ziemię, jakby do wnętrza wydrążonej góry, której szczyt dla niepoznaki zwieńczono kapliczką. Przestrzeń sakralna na górze, militarna na dole – niesamowity kontrast.

Topografia tej kawerny różni się diametralnie od pozostałych. Prowadzą do niej strome schody, które wiodą nas w głąb do ogromnej, podłużnej hali z kilkoma nieczynnymi wejściami po bokach. Wnętrze nosi ślady dziwnego „życia po życiu” – na ścianach bieleją współczesne włączniki światła, a z sufitu zwisają rozprute peszle z kablami. Wygląda to tak, jakby ktoś próbował oswoić tę militarną przestrzeń, ale ostatecznie ją porzucił. Jeden z korytarzy jest zawalony; już po wyjściu na powierzchnię, stojąc na trawie, spekulowaliśmy, w którym miejscu ten podziemny tunel powinien mieć swój wylot.

Najbardziej intryguje mnie jednak sam koncept: ukrycie strategicznego obiektu wojskowego bezpośrednio pod kapliczką. To genialny w swojej prostocie, choć nieco cyniczny kamuflaż. Wyobraźnia od razu podsuwa obrazy: stawiasz przed domem niewinnie wyglądającą kapliczkę, taką, jakich pełno w Polsce przy każdej drodze czy rozdrożu. Dla  sąsiadów byłaby miejscem modlitwy, a dla mnie – tajnym włazem do podziemnego świata.

Nic dziwnego, że ten mechanizm tak działa na wyobraźnię. Być może właśnie dlatego poszukiwacze przygód tak uparcie doszukują się wejścia do innej, nieznanej dotąd kawerny pod betonowym schodkiem kapliczki na drugim końcu Krakowa.

Wielkanoc w sierpniu

Ostatnim celem była kawerna „Wielkanoc”. Szczęście nas nie opuszczało – wejście znaleźliśmy natychmiast, zionące czernią i całkowicie otwarte. Fortuna nam dziś zdecydowanie sprzyja.  Obiekt okazał się prawdziwym labiryntem; mieliśmy wrażenie, jakby tunele i komory mnożyły się w nieskończoność, zapraszając nas coraz głębiej i głębiej.

W środku raczej nic nas nie zaskoczyło poza sporą ilością pająków. Dokonaliśmy inspekcji innych wejść do obiektu. To ponury katalog zamknięć: jeden otwór pogrzebany ziemią, inny zabity zardzewiałą blachą, kolejny – choć drożny tylko w połowie – dodatkowo uzbrojony w kratę.

Ślady cywilizacji ograniczały się do śmieci. Ktoś zadał sobie nawet trud zapakowania części z nich do worka, ale porzucił go wewnątrz. Kto i kiedy miałby go wynieść? Śmieciarka tu raczej nie dotrze.

Zastanawia mnie fenomen imprez w takich miejscach. Co kieruje ludźmi niezwiązanymi z fortyfikacjami, aby wybrać wilgotne, podziemne korytarze na miejsce spotkań? Czy nie czują lęku, pierwotnego niepokoju? Czy komfortowe byłoby przesiadywanie tutaj godzinami? A może to właśnie o ten niepokój chodzi? Wyobraźnia podsuwa mi klaustrofobiczną wizję: nietrzeźwy człowiek w ciemnościach i po omacku próbuje znaleźć wyjście, odbijając się od krat i zwałów ziemi, uwięziony w betonowej pułapce.

Po upewnieniu się, że przeszliśmy każdy korytarz i każde pomieszczenie, wyszliśmy z kawerny, łapiąc w płuca ciężkie, deszczowe powietrze. Z końcówki wakacji zrobiła nam się jesień – konstatujemy. Niemal równo z naszym wyjściem zapada zmrok.

Jazda w mokrych okularach

Plan zrealizowany, w poczuciu satysfakcji wracamy na rowerach mimo bardzo niesprzyjającej aury. Docieramy na bulwary wiślane na wysokości Bodzowa, które przypominają mi wszystkie wycieczki rowerowe do Tyńca z ojcem i nie tylko z nim. Na wysokości jednostki wojskowej na Tynieckiej żegnamy się w poczuciu dobrze spędzonego dnia.

Jadę sam, myśli kotłują się w głowie, deszcz smaga mnie po twarzy, a krople deszczu padają na okulary. Robi się coraz ciemniej, światła samochodów i latarni ulicznych w mokrych okularach tworzą mi przed oczami kształty przypominające struktury płatków śniegu. Wycieranie okularów wilgotną już chusteczką z przemoczonych spodni powoduje, że widzę jeszcze gorzej, cały obraz się rozmazuje. Niemal po omacku udaje mi się wrócić do domu. Przemoczone ubrania nie psują mi nastroju. Dzisiaj zrobiłem coś przełomowego – i to było dla mnie najważniejsze.

Towarzyszyło mi dzisiaj uczucie zachwytu i grozy, jakiś rodzaj respektu wobec tych pociągających dzieł (mysterium tremendum et fascinans). Wejście w nieznaną nam ciemność, gest powtarzany przez nas tego dnia wielokrotnie. Mrok i tajemnica. Co zastaniemy po przekroczeniu kutych w skałach wejść? Libację alkoholową, śmieci wielogabarytowe z całego osiedla, gruz, oberwany strop, satanistów, pijaków, ludzkie albo zwierzęce zwłoki? Stanęliśmy twarzą w twarz z tajemnicą i ponadstuletnim dziedzictwem.

Żeby znaleźć kawerny, trzeba przede wszystkim wiedzieć, czego się szuka. W tym względzie, poza analizą mapy, świetne jest przyswojenie sobie zdjęć wejść, żeby móc je skonfrontować z tym, co zastaniemy na miejscu.

Warto mieć przy sobie geografa – i móc przekupywać go kabanosami.

Bądźcie uważni.

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło

Nota o ilustracji tytułowej:

„Uśmiechnięty Smok” (godło kamienicy przy ul. Bolesława Komorowskiego 9). Wizualizacja autorska (Maciej Wcisło). Ten nietypowy, modernistyczny smok z 1936 roku – pokryty sierścią zamiast łusek i przypominający domowego pupila – staje się tu strażnikiem bramy do podziemnego Krakowa. Schodząc do kawern Twierdzy Kraków, zadawaliśmy sobie pytanie: „ Co zastaniemy pod ziemią? A co jeśli smok wawelski po prostu zmienił adres?”. Ilustracja jest wezwaniem do uważności (slow looking): niesamowitość czai się często tuż za rogiem, w nieoczywistej formie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *