Kartografia samoświadomości: Bielany/Krępak

Archiwalna austriacka mapa wojskowa Twierdzy Kraków z początku XX wieku. Fragment arkusza Blatt 20 OLSZANICA ukazujący rejon Bielan, Wodociągów Miejskich i serpentyny dzisiejszej ulicy Księcia Józefa przed wybudowaniem Fortu Krępak.

Wracam do miejsc, które kiedyś eksplorowałem z młodzieńczej ciekawości i potrzeby mocnych wrażeń, by dziś poddać te miejsca, samego siebie i moją własną pamięć rygorystycznej weryfikacji. Fort Bielany/Krępak – jedyny w Twierdzy Kraków obiekt bez numeru – na moich oczach zmienia się z reliktu historii w pole walki między dziką naturą a miejską ignorancją. Czy jako Społeczny Opiekun Zabytków jestem jeszcze w stanie ocalić to dziedzictwo przed rozproszeniem i degradacją?

Wyścig z czasem. Dlaczego audyt przestrzeni nie może czekać?

Po napisaniu ostatniego tekstu na temat fortu Bielany/Krępak, towarzyszyła mi nieodparta potrzeba zweryfikowania mojej pamięci oraz ponownego odwiedzania miejsc, o czym pisałem w tekście o prywatnej geografii miasta. Postanowiłem więc po raz kolejny – tym razem samotnie – udać się na wycieczkę do jedynego w Krakowie fortu bez przypisanego numeru, aby na własnej skórze przekonać się, na ile moje wspomnienia były kompletne i adekwatne.

Na wycieczkę mogłem sobie pozwolić dopiero wieczorem, po innych obowiązkach. Wydawać by się mogło, że sprawa może jednak poczekać, skoro ten fort stoi tam od stu lat, stoi dzisiaj, to jutro też będzie co odwiedzać. Mimo to intuicja podpowiadała mi, że dla wewnętrznej satysfakcji muszę pojechać tam akurat dzisiaj. Dzień bez tej wyprawy uznałbym za zmarnowany.

Wsiadłem więc na rower i popędziłem elegancką ścieżką wzdłuż Księcia Józefa. W głowie kotłowały się myśli: ile w ogóle uda mi się zobaczyć? Z moich obliczeń wynikało, że na miejscu będę miał do dyspozycji około godzinę, zanim zapadnie zmrok. Dojazd jest bardziej niż uciążliwy – piękna ścieżka biegnąca wzdłuż jezdni urywa się i docelowo kieruje mnie na koronę wału wiślanego – który w idealny sposób… omija teren, który chciałem zwiedzić. Konieczność wymusiła na mnie bardzo niekomfortową jazdę po jezdni – przy dużym ruchu samochodów, pod górę serpentynami Księcia Józefa.

Twierdza śmieci

W końcu trafiłem w ulicę Kruczą, która dała mi pełny przegląd architektury wzniesionej na terenie fortecznym. Sentymentalnie nawiązując do mojego pierwszego kontaktu z fortem, zaparkowałem rower przy skrzyżowaniu z ulicą Zakręt.

Tabliczka na słupku, którą czytałem jako nastolatek, nadal tu stoi, ale jest całkowicie wyblakła. W czasie, gdy moje życie napełniało się treścią, ona tej treści się pozbawiła.

Docieram do schronu – oryginalna brama zamknięta na nowiutką, błyszczącą kłódkę. Wszędzie niewypowiedziane ilości chaszczy i śmieci. Gdzieś pod nogami pojawia się połamany fotel z kolorowym obiciem, by zaraz moją uwagę pochłonął stojący pod murem schronu piecyk. Następnie wydeptana między wysokimi trawami i kwiatkami ścieżka doprowadza mnie na skraj zbocza, na którym majaczy ziejąca pustka po kopule pancernej.

Tym razem nie było w niej dzieci. Byłem tylko ja, walczący z czasem, i wszechobecna natura. Innych ludzi może i na razie nie było, ale za to było mnóstwo dających do myślenia śladów ich bytności. Nad raną po skradzionej kopule góruje prosta ławeczka, na której chętnie wykonałbym sobie sesję zdjęciową, gdybym tylko miał na to czas. W miejscu po samym pancerzu spora ilość potłuczonych butelek, jakbyśmy patrzyli do pojemnika na szkło, a nie do wnętrza nowoczesnej fortyfikacji. Kopuła gruba była na szerokość mojej dłoni – ktoś musiał się więc nieźle na niej wzbogacić. Ktoś musi doceniać walory krajobrazowe tego miejsca, skoro pofatygował się i przyniósł tutaj tę ławeczkę, to chyba jedyny plus całej tej sytuacji.

Odkrywanie rozproszonych elementów

Po przebiciu się przez plątaninę chaszczy, resztek ogrodzenia i konarów drzew z trudem docieram do przelotni prowadzącej do wnętrza tradytora. Widok jest bardziej niż przytłaczający – rozpościera się przede mną niewyobrażona stera odpadów – od butelek po zużyte opony. Wnętrze jest tak odstręczające, że trudno tak naprawdę wyjaśnić, kto normalny chciałby tu przebywać. Wszystko chrzęści pod stopami, wzbudzając we mnie mieszankę gniewu i obrzydzenia. Wszystkie te śmieci można by wybierać stąd szpadlami, tylko gdzie i jak go wywieźć? I kto zagwarantuje, że za jakiś czas nie będzie to wyglądało dokładnie tak samo?

Wracając w kierunku roweru, przemierzając łąkę w towarzystwie kwiatów i motyli, udaje mi się jeszcze wpaść zupełnym przypadkiem na dwa słupki forteczne, w tym jeden niemal już przewrócony. W blasku zachodzącego słońca odnajduję lekką kopułę obserwacyjną. Poziom gruntu uniemożliwia swobodne wejście do niej – należałoby wręcz się do niej wczołgać, na co nie mam czasu ani ochoty.

Szybko łapię za rower i przejeżdżam Kruczą, by następnie sprowadzić rower po schodach i znaleźć się przed blokiem koszarowym fortu. Zostawiam sprzęt i kontynuuję walkę z czasem: zaraz słońce zajdzie, a ja jestem zdeterminowany, żeby zobaczyć tutaj jak najwięcej. Przed blokiem koszar ciekawe zaskoczenie – plecami do fortu siedzi dwójka młodych ludzi z jakimś grillem jednorazowym czy małym ogniskiem, którego zapach towarzyszył mi w miarę zbliżania się do koszar (początkowo myślałem jednak, że to zapachy z okolicznych domów). Ich obecność trochę mnie speszyła, szybko oddaliłem się wzdłuż koszar w kierunku terenu dawnej strzelnicy. Czyli że fort wciąż „żyje” – na swój wysoce specyficzny sposób. W bloku koszar zwróciły moją uwagę otwory okienne zatarasowane w paru przypadkach jakimś rozpadającym się styropianem i sztachetami.

Przestrzeń zdegradowana i niezdefiniowana

Zależało mi na tym, żeby możliwie szybko przejść teren dawnej strzelnicy między serpentynami Księcia Józefa, znaleźć się na tyłach domu przy Mirowskiej, a następnie możliwie szybko przejść kawernę i wrócić do roweru. Przechodziłem przez ten zagajnik z ogromnym trudem, mając wrażenie, jakbym stąpał po gruzowisku. Poprzewracane drzewa, wszechobecne chaszcze nie ułatwiały mi marszu. Napotkałem na mury jakiegoś rozwalonego budynku, którego tutaj zupełnie nie kojarzyłem, jakieś murki…

W końcu udało mi się dotrzeć na tyły niepokojącego budynku przy Mirowskiej. Zlokalizowałem w oddali przeskalowaną betonową obudowę pomieszczenia, które zdaje się funkcjonować jako rupieciarnia okolicznych mieszkańców, a które mogło być wg internautów poniemieckim schronem przeciwlotniczym (tylko komu/czemu miał służyć akurat w tym miejscu?). Pośrodku placu siedzi majestatycznie rudy kot i bacznie mi się przygląda.

Okolica budynku odstręczająca, wygląda jak klepisko, z jednej strony wiata śmietnikowa ze stosem resztek mebli, obok dziwnie zaaranżowana przestrzeń, która miała być najpewniej czymś w rodzaju stolika z ławkami. Drogę w chaszcze, którą przed chwilą przebyłem, otwiera tabliczka ostrzegająca o dzikach.

Kawerna Bielany broniona przez siatkę i dzika

Intensywnie myślę, czy znowu w tunelu czekają mnie jakieś niepokojące, nieoczekiwane przedmioty. Docieram do pobocza ulicy Mirowskiej i zaczynam szybki marsz w kierunku ogrodzenia dawnego kamieniołomu, w którego zbocze wgryza się kawerna. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast rozpadającej się siatki porzuconego składowiska zobaczyłem nowiutkie ogrodzenie i tabliczki informujące, że to teren miejskich wodociągów. Chciałem przyjrzeć się jeszcze ogrodzeniu od boku, gdy parę metrów przede mną usłyszałem w chaszczach jakieś gwałtowne poruszenie. Z początku pomyślałem, że to jakiś człowiek zamierza się na mnie rzucić, gdy nagle ujrzałem skaczącego pośród zarośli dzika, który kilkoma nagłymi susami znalazł się na szczycie zbocza i zniknął.

Postanowiłem oddalić się i wracać po rower. Robiło się już ciemno. Zajrzałem jeszcze na chwilę w gęstwinę dawnej strzelnicy. Przeznaczenie tego miejsca nie powinno być dla mnie nigdy żadną zagadką, jeśli tylko połączyłbym w głowie parę elementów. Mimo zmierzchu w gęstych zaroślach zauważyłem idealnie wykopany tor strzelecki, teraz zaś wygląda bardziej jak opuszczony tor pływacki. Docieram do „słynnego” betonowego zadaszenia (najbardziej niedorzecznego elementu tej przestrzeni), ktoś przy nim rozstawił masywne ławki i palił ognisko.

Postanowiłem nie zapuszczać się głębiej z uwagi na dziki, o których przez całą wcześniejszą wycieczkę ani przez chwilę nie pomyślałem, ignorując zupełnie zagrożenie z ich strony, obawiając się jedynie nieprzychylnie nastawionych ludzi. Gdy szukałem wyjścia z gęstwiny i planowałem szybki marsz Księcia Józefa po rower, spostrzegłem pod nogami małe kominki wentylacyjne. W sposób całkowicie niezamierzony stałem na dachu podziemnego pomieszczenia, które tak kiedyś rozpalało moją dziecięca wyobraźnię. Szybko udałem się po dziwnie długich schodach do niewielkiego kwadratowego pomieszczenia, w którym poza śmieciami właściwie nic nie było.

Udało mi się wrócić po rower, przymocowany do słupka z tabliczką szlaku twierdzy. Ci ludzie nadal siedzieli przy forcie, głośno się śmiejąc i rozmawiając. Brawurowo zjechałem Księcia Józefa jezdnią i z ulgą wdrapałem się na wał wiślany w miejscu peronu dawnej kolejki, kursującej koroną wału. Stąd już prosta droga do domu.

Cenzura map i amnezja przestrzenna

Po powrocie do domu długo rozmyślałem nad zaistniałą sytuacją. Czułem ogromną frustrację i niemoc związaną ze stanem resztek fortu i z niemożliwością ponownego skonfrontowania się z przestrzenią kawerny, z własną ciekawością, strachem, ograniczeniami. Wejście na teren wodociągów, nawet jeśli jest to jedynie pusty plac, w dobie szerokiego podejścia do ochrony infrastruktury krytycznej nie wchodziło w grę.

Moje zadanie, polegające na ponownym konfrontowaniu się z obiektami niewystarczająco odkrytymi, niewystarczająco przeżytymi a przede wszystkim nieudokumentowanymi na użytek innych – nie mogło zostać w pełni zrealizowane. To dla mnie gorzka nauczka. Zdjęcia na Google Street View z ubiegłego roku pokazują, że teren dawnego kamieniołomu był porzucony i wejście do kawerny było swobodne.

Podobną gorycz odczułem, gdy po latach odwlekania pragnąłem odwiedzić kute w skale tunele na terenie dawnego obozu w Płaszowie – niestety, gdy już byłem wystarczająco gotowy i zdeterminowany – wejścia zakratowano przy okazji rewitalizacji tego terenu. Podobnie było, gdy wyruszyłem na wycieczkę szlakiem reliktów kolei kocmyrzowskiej – pragnąc sfotografować domek przy Rondzie Czyżyńskim, obok którego miał znajdować się krzyż św. Andrzeja, zastałem tam dziurę w ziemi i blaszane ogrodzenie nowej inwestycji deweloperskiej. Takich sytuacji było znacznie więcej i na pewno poświęcę im osobne teksty.

Białe plamy na mapie i w myśleniu o przestrzeni

Przez noc studiowałem archiwalne plany i zdjęcia lotnicze. Teren całego założenia fortecznego jest poszatkowany domami i ogródkami działkowymi. Jako taką spójność prezentuje działka ze schronem i tradytorem, z zachowanym jeszcze rysem ziemnych obwałowań (świetnie widać je jeszcze na zdjęciach sprzed kilkunastu lat) oraz działka z blokiem koszar. Należy pamiętać, że oryginalny fort składał się jeszcze z wielu innych elementów, po których nie ma już najmniejszego śladu.

Dla osoby w terenie zależność między zachowanymi obiektami może okazać się całkowicie nieczytelna, a ich usytuowanie – niedorzeczne. Stąd też uważam, że spełniło się to, o czym pisałem wcześniej: fort jako pierwotny element krajobrazu stał się niedorzeczny i nieczytelny w swoim otoczeniu.

Przy okazji – czysto przypadkowo – zwróciłem uwagę na jeszcze dwie rzeczy. Dowiedziałem się, że ogródki działkowe sąsiadujące z wodociągami/kawerną to spadek po okupacji niemieckiej[1]. Ciekawym odkryciem był dla mnie fakt, że przy próbie analizy zdjęć lotniczych fortu z lat 70. i 80. napotykałem na dosłowną białą plamę, wycięty kawałek zdjęcia – fort musiał być w gestii wojska i najpewniej w taki sposób został ocenzurowany.

Jednak na kompletnych zdjęciach z tamtego okresu i tak widać niejako dwie rzeczywistości – bardziej na zachód czytelny system obwałowań między schronem a tradytorem z resztkami wieży, potem przestrzeń domów i działek, wirusowo zabudowujących oryginalne założenie forteczne, a obok dach bloku koszar z niezagospodarowaną przestrzenią przed nim, w kierunku serpentyny Księcia Józefa. Proces rozparcelowania i chaotycznej zabudowy przestrzeni fortu trwał już wtedy w najlepsze.

Tak oto fort Bielany/Krępak w istocie został rozproszony i zdany na łaskę losu. Pozbyliśmy się jedynego w całej twierdzy fortu prezentującego najbardziej zaawansowany jak na tamte czasy sposób myślenia o gospodarowaniu przestrzenią i relacjami między poszczególnymi elementami dzieła fortecznego w twierdzy Kraków.

Twierdzę niezdobytą przez żadną armię pokonuje nasza własna ignorancja.

Bądźcie uważni. Patrzcie, póki jest na co.


[1] https://niemieckikrakowblog.wordpress.com/2018/03/02/idea-utworzenia-kolonii-ogrodkow-dzialkowych-przy-miejskich-zakladach-wodociagow-w-krakowie-na-bielanach/ [dostęp: 5.07.2026].

Fort rozproszony Bielany/Krępak: dziedzictwo w chaszczach i w kawałkach

Archiwalna austriacka mapa wojskowa Twierdzy Kraków z początku XX wieku. Fragment arkusza Blatt 20 OLSZANICA ukazujący rejon Bielan, Wodociągów Miejskich i serpentyny dzisiejszej ulicy Księcia Józefa przed wybudowaniem Fortu Krępak.

Austriaccy inżynierowie zaprojektowali fort rozproszony, by w racjonalny sposób gospodarować przestrzenią i poszczególnymi elementami dzieła obronnego, dostosowując je do ówczesnych, zmiennych realiów pola walki. Sto lat później krakowska „urbanistyka” rozproszyła go tak bardzo, że zdołała zmylić samą siebie. To kolejna odsłona spacerów po zrujnowanej Twierdzy Kraków, która zamiast uczyć historii, stała się pomnikiem naszej przestrzennej i historycznej amnezji. Zatopione w murach resztki odciętego pancerz, przygnębiający chłód tajemniczej kawerny i chaszcze zagarniające ślady historii. Zapraszam na wyprawę do fortu Bielany.

Krótkie spodenki i długa agonia zabytku

Mgliście pamiętam, gdy pojawiłem się tu po raz pierwszy. Pamiętam słoneczne lato i żółto-czarną tabliczkę na wysokim słupku z krótkim objaśnieniem, z czym mamy do czynienia. Stoimy z ojcem wraz z rowerami, zapewne namówiłem go do przejazdu tędy przy okazji jakiejś innej wycieczki (prawie na pewno do Tyńca, co było w pewnym okresie naszym rytuałem z określonymi elementami). Pamiętam, że chodzę wzdłuż schronu pogotowia w krótkich spodenkach, zapewne też wszedłem do lekkiej kopuły obserwacyjnej, znanej mi już bardzo dobrze chociażby z Olszanicy, przeszedłem się też wzdłuż znajdującego się nieopodal bloku koszarowego, zrobiłem kilka zdjęć, które być może kiedyś odnajdę. Niewykluczone, że przeszedłem się też wtedy krótką poterną, która musiała wtedy zrobić na mnie spore wrażenie, choć to jedynie krótki tunelik. Tyle zapamiętałem z pierwszego kontaktu.

Potem wielokrotnie powracałem tutaj w różnych sytuacjach, z różnymi osobami na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat – wspomnienia z tych wizyt zlewają się, ale postaram się wyciągnąć z nich parę interesujących obserwacji. Ludzie się zmieniali, nie zmienił się jednak fort i jego stan – niezagospodarowany, niepełniący w przestrzeni żadnej nowej, na nowo zdefiniowanej roli, czekający na lepsze czasy, które mogą już nigdy nie nadejść.

Najbardziej jednak – oczywiście – kusiło mnie wejście do fortecznej kawerny, o której istnieniu w którymś momencie się dowiedziałem. Wiedziałem też, jak głosi literatura, że poszczególne elementy fortu zostały celowo rozproszone, więc mój pierwszy kontakt pominął znaczący element – resztki ciężkiej kopuły pancernej. Pamiętam doskonale jedną nieudaną próbę zdobycia kawerny z Andrzejem, próbę ze wszech miar głupią i absurdalną, gdy lawirowaliśmy między stromym zboczem a ogrodzeniami pobliskich domów w jakiejś jesiennej aurze, próbując tym sposobem znaleźć się przy wejściu do tunelu, jednocześnie nie chcąc być zauważonym z głównej drogi. Zdobycie kawerny udało się dopiero z Adamem lata później.

Sztafeta pokoleń w dziurze odciętego pancerza

Mimo tego niepowodzenia udało mi się wrócić tu jeszcze kiedyś z Andrzejem w zupełnie nowej roli i w innych okolicznościach – z moim chrześniakiem, któremu pragnęliśmy pokazać, w jakich miejscach spędzaliśmy swój wolny czas jeszcze nie tak dawno, licząc na to, że może i jego takie miejsca zainteresują.

Kiedy byliśmy tutaj z Adamem, przytrafiła nam się ciekawa historia. Obejrzeliśmy dokładnie schron pogotowia i lekką kopułę, po czym skierowaliśmy się na południe. W zionącej pustką ranie po kopule pancernej siedziało dwóch chłopaków i beztrosko rozmawiało. Zaskoczył nas ten widok, ale przywitaliśmy się kulturalnie, porobiliśmy trochę zdjęć. Widok z góry jest naprawdę niezły! Chłopcy powiedzieli nam coś w stylu, że „tam obok znajduje się jeszcze jeden bunkier”. Choć doskonale wiedzieliśmy, gdzie i po co tu przybyliśmy, okazaliśmy im wdzięczność i doceniliśmy za tak otwarte podejście do potencjalnych intruzów, którzy postanowili przyglądać się cegłom i robić zdjęcia akurat, gdy może właśnie wymknęli się ze swoich domów, by swobodnie porozmawiać. Tak oto tutejsze dzieci zostały naszymi przewodnikami. Odnoszę takie wrażenie, że przez moment dostrzegliśmy w nich samych siebie sprzed lat… To może i nawet urocze, że ktoś uczynił sobie plac zabaw w kraterze po pancerzu, a fortyfikacja może jest w stanie jakoś żyć w rękach (i wyobraźni) najmłodszych. Może kiedyś uda mi się napisać tekst (o sobie i o innych), który bym zatytułował: Twierdza Kraków jako tło (przestrzeń) dorastania.

W zdegenerowanej przestrzeni, z której wyparowało pierwotne, strategiczne znaczenie, to właśnie dzieci (nie licząc okazjonalnych wycieczek i oprowadzań, umożliwiających chwilowe obcowanie z zamkniętymi kubaturami) nadają ruinom nowe, społeczne życie. Oczywiście, zabawa na krawędzi odciętego pancerza na wzniesieniu górującym nad ruchliwą drogą niesie za sobą wiele niebezpieczeństw. Jednak jest w tym coś ujmującego (i na pewno budzącego większą sympatię niż wszechobecne ślady po wandalach i osobach, którzy egoistycznie utylizują swoje niechciane rzeczy w takich przestrzeniach) – fakt, że architektura militarna staje się sceną młodzieńczych schadzek i tajemnic, że jest oswajana przez pokolenie, które zapewne nie ma najmniejszego pojęcia o jej dawnej randze. Wszystko jednak przed nimi. To przedziwne, wtórne życie ruin, którego zaobserwowanie bardzo mnie ujęło.

Rozmach austriackich inżynierów i skala współczesnego wandalizmu

Fort Bielany to dzieło międzypola w nomenklaturze fachowej, o nieznanym numerze w pierścieniu. Zbudowane zostało w latach 1908–12 jako jedyne w twierdzy typowe dla systemu fortowego rozproszonego. Stąd rozmieszczenie jego części „okrakiem” od serpentyny bielańskiej, poprzez szczyt wzgórza do wału nad drogą tyniecką. Wśród zachowanych niemal w całości części zwraca uwagę stalowa obudowa ściętej ok. 1965 r. kopuły tradytora. Fort ma być zamieniony na park [co nigdy nie nastąpiło – przyp. M.W.]. Gdyby nie wciskająca się tu chaotyczna pseudowillowa zabudowa, byłoby to miejsce o niezrównanych walorach widokowych[1].

Pomieszczenie tradytora skrajnie zdemolowane – aż przykro patrzeć. Mocno na wyobraźnię działa widok zatopionych w murach resztek metalu, szerokość odciętego pancerza – to refleksja nad rozmachem austriackich budowniczych połączona z refleksją nad skalą bezsensownego zniszczenia, która przyniosła komuś nielegalny, szybki zarobek. Aż trudno wyobrazić sobie monumentalność tej wieży, nie dysponując jej zdjęciami ani dokumentacją. Stojąc na jej resztkach możemy jednak widzieć mniej więcej podobny krajobraz do tej, który ona „widziała” nieco ponad 100 lat temu. Tak to niestety jest, gdy fortem bardziej zajmowali się złomiarze niż konserwatorzy.

Niestety jak dotąd nie udało mi się zobaczyć koszar od środka. Ograniczyłem się do zaglądania przez  dziurkę od klucza i do podziwiania cudzych zdjęć. Raz kiedyś podczas przejazdu z kimś dostrzegliśmy uchyloną okiennicę (oryginalną!) w bloku koszar, ale nie skorzystałem z tej okazji. Niesamowitą ironią losu jest fakt, że ktoś uporał się z monstrualną wieżą, zostawiając w spokoju sąsiednią lekką kopułę czy pancerne okna i bramy koszar.

W końcu jednak mnie i Adamowi udało się zobaczyć kawernę, która tak długo czekała na mojej liście miejsc do odwiedzenia. Z wejściem do niej nie mieliśmy najmniejszego problemu. Ma kształt załamującego się dwukrotnie pod kątem tunelu. Drugie wyjście jest niestety zasypane. Ciekawostką są  zachowane drzwi. To już nie jest spektakularny labirynt skalny co w przypadku Pychowic, Bodzowa czy Wielkanocy. Mimo to nie czułem się w niej komfortowo. Miałem wrażenie, jakbym zza kolejnego załomu korytarza miał zaraz ujrzeć dyndające na haku zwłoki. Betonowe elementy uzupełniające konstrukcję korytarzy działały na mnie jakoś przygnębiająco, przytłaczająco.

Kiedy przestrzeń traci swoją logikę

Już w latach 80. profesor Janusz Bogdanowski zwracał uwagę na degradację przestrzeni fortu poprzez wtrącenie przypadkowej zabudowy pomiędzy poszczególne elementy fortyfikacji. Dzisiaj układ całego założenia jest nieczytelny w terenie, nie udało się zachować spójności tego wyjątkowego dzieła. Fort jak dotąd stoi pusty i nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić w najbliższym czasie…

Wrażenie przygnębienia generuje całkowicie zaniedbane, odstręczające otoczenie. W rozwidleniu Księcia Józefa i Mirowskiej roztacza się zaśmiecony zagajnik, którego elementy długo dawały mi do myślenia, aż w końcu nie złączyły mi się one w logiczną całość. Pamiętam, jak podczas jednego ze spacerów natknąłem się między liśćmi na kilka betonowych schodków i niewielkie podziemne pomieszczenie, niemające żadnego związku z fortem – potem bardzo mi zależało, by móc znowu je odnaleźć. Między chaszczami zwraca również uwagę wyglądająca całkowicie niedorzecznie konstrukcja, wyglądająca jak niski, betonowy daszek. Dodajmy do tego niezwykle posępny i sprawiający wrażenie umieszczonego na odludziu budynek przy ulicy Mirowskiej 157AB, który w moim odczuciu ma coś z niemieckiego budynku koszarowego. Na różnych forach do dzisiaj się głowią, dlaczego na tyłach tego budynku, poza ceglanym, nieczynnym wejściem do kawerny znajduje się składzik o przeskalowanej, betonowej obudowie, w oczywisty sposób konotujący militarne skojarzenia. Podobno to właśnie Niemcy w czasie okupacji adaptowali dawną kawernę na schron przeciwlotniczy, do czego mógł on być im akurat tutaj potrzebny? Chciałbym się tego kiedyś dowiedzieć. Po jakimś czasie okazało się, że ów betonowy daszek to pozostałość strzelnicy, funkcjonującej tutaj od lat międzywojennych, a na jednej z facebookowych grupek znalazło się zdjęcie eleganckiej bramki stylizowanej na tarcze strzeleckie, broniącej wejścia na ten teren.

Triumf urbanistycznego chaosu

Na tym polega najbardziej gorzki paradoks fortu Bielany. Ten anachroniczny dziś obiekt był w istocie ważnym osiągnięciem logicznego, inżynieryjnego myślenia o przestrzeni. Jego rozproszenie miało głęboki, strategiczny sens – to fort był dominantą  organizującą konsekwentnie swoje otoczenie.

Dziś ten sam przestrzenny rozmach traktowany jest przez miasto jako zwykłe marnotrawstwo cennego gruntu. Wirus dzikiej zabudowy już zaczął infekować jego teren, upychając między militarnymi reliktami przypadkowe domy i ogródki działkowe. Biorąc pod uwagę krakowskie realia polityki przestrzennej, mam prawo zakładać, że ten proces będzie nieubłaganie postępował.

W efekcie to, co niegdyś było pierwotnym kontekstem przestrzennym, wkrótce zostanie zredukowane do roli absurdalnej ciekawostki (a może to już się dokonało?). Fort – choć był tu pierwszy i to on zdefiniował tę przestrzeń – stanie się w swoim własnym otoczeniu  intruzem, nieprzystającym do niczego kuriozum. Będzie wyglądał jak architektoniczny glitch w SimCity, sprawiający wrażenia omyłkowego wklejenia ceglano-betonowego schronu w sam środek chaotycznego osiedla domków jednorodzinnych. I żadnego parku, o którym wspominał profesor Bogdanowski, nie dożyjemy i zaprzepaścimy okazję na jego powstanie. Tak oto inżynieryjny rygor fortyfikacji zostanie ostatecznie pokonany – nie przez wrogą armię, lecz przez nasz własny, urbanistyczny chaos. Obym się mylił.

*Refleksja nad procesem

Podejmując się tego eseju, zarzekałem się, że publikuję teksty wyjęte z szuflady – gotowe, zamrożone w czasie zapiski. Jednak proces twórczy rzadko bywa tak linearny. Choć fundamenty tej historii tkwiły w szufladzie od lat, samo wykonanie, jak widać, jest współczesne – to nieustanny dialog z tym, co już wiemy, a tym, co dopiero wydobywamy na światło dzienne.

Pisząc ten tekst, polegałem na filtrze pamięci, która przez lata wygładziła niektóre krawędzie, a inne – wyostrzyła. Dopiero odnalezienie po paru godzinach od publikacji archiwalnego folderu ze zdjęciami z wycieczki z Adamem (wrzesień 2023), już po postawieniu ostatniej kropki, zmusiło mnie do przeprowadzenia małej autokorekty. Zdjęcia, choć w zdecydowanej większości marnej jakości, wykonywane bez przerwy zacinającym się telefonem, wyciągnęły na światło dzienne detale, które wyparłem: obecność kota, gospodarza tych ruin, a także makabryczną scenerię wnętrza kawerny – porzuconą zwierzęcą szczękę, zardzewiały pilnik, nadpalone śmieci w wychodkach i zwisające ze ścian paski czy resztki odzieży… Pentagramy wyrysowane na zabytkowych stalowych drzwiach – drugie z nich przeżarte rdzą. Przedziwne połączenie.  

Widzę prześwietlone latarką skały z tajemniczą głębią tunelu zakrytą ciemnościami i przypominam sobie, że przecież tak wygląda eksploracja – widzę tylko tyle, na co pozwala mi zasięg i moc kapryśnej latarki, nie mam pojęcia, co lub kto czeka w głębi – i tak było również wtedy. Widzę też doskonale udokumentowane dzikie wysypisko przed i we wnętrzu tradytora z odciętą kopułą pancerną, zbliżenia na pająka w sieci wewnątrz lekkiej kopuły, a także roześmianego Adama na tle rozwieszonego na sznurku porzuconego materaca czy innego wzorzystego materiału.

Ten odkryty wizualny materiał nie zmienił sensu mojej wyprawy, ale dopełnił jej somatycznego wymiaru, o którym mniej lub bardziej świadomie pisałem. Te porzucone, makabryczne detale, wyparte przez mój umysł, w istocie zdefiniowały tamto somatyczne doświadczenie mroku, w znaczącym stopniu odpowiadały za poczucie niepokoju. Pamięć, jak widać, lubi zasypywać własne korytarze równie skutecznie, co wandale forteczne kubatury swoimi śmieciami.

Cyfrowe fotografie, choć w większości technicznie ułomne, zadziałały jak klucz. Pozwoliły mi precyzyjnie osadzić tamten dzień w kontekście mojego ówczesnego życia i przypomnieć sobie przełomowe detale, które umykały wspomnieniom. Co ciekawe, ten sam folder przywołał wspomnienia o innych miejscach odwiedzonych tego dnia – przełomowych dla mojego rozumienia Twierdzy, które staną się tematami kolejnych tekstów.

A zdjęcia z dzieciństwa, z tej pierwszej wycieczki z ojcem? Te wciąż czekają na odnalezienie. To archeologia własnej pamięci i tożsamości, która nigdy się nie kończy.

Dokumentacja:

https://zabytek.pl/pl/obiekty/fort-krepak-869024

https://zabytek.pl/pl/obiekty/schron-z-kopula-pancerna-871052

https://zabytek.pl/pl/obiekty/g-298118

https://zabytek.pl/pl/obiekty/srodszaniec-906851


[1] J. Bogdanowski, Warownie i zieleń Twierdzy Kraków, Kraków 1979, s. 274.

Geografia absurdu. Piknik w cieniu wielkiego pieca

Wizualizacja modernistycznego godła kamienicy Tańczące Dzieci (Zwierzyniec) w kolorach granatu i złota. Ilustracja symboliczna do eseju o pętli tramwajowej Walcownia w Nowej Hucie, stanowiąca metaforę sielanki w przestrzeni industrialnej.

Gdybym miał wskazać moment, w którym ostatecznie pękła moja definicja miejskiego performansu, wskazałbym ten jeden, konkretny kadr: sielankowy koc rozłożony precyzyjnie między rdzewiejącymi szynami, w samym sercu industrialnego piekła. Jeśli kiedykolwiek odważę się na własną „humanistykę somatyczną” w mieście, jej źródło będzie biło między innymi tam. Zanim jednak nastąpiło to, co będziemy wspominać przez lata, musieliśmy przebyć długą drogę przez tkankę miasta, które nieustannie przepisuje i nadpisuje samo siebie.

Audyt rowerowy

To był dla nas naprawdę intensywny dzień.

Przejechaliśmy wzdłuż niemal całe miasto, żeby szukać śladów przeszłości i obietnic przyszłości, to znaczy zinwentaryzować istniejące do dzisiaj w strukturze miasta, pozbawione pierwotnego kontekstu, relikty kocmyrzówki. Temat na osobny tekst, który wkrótce zostanie wydobyty z archiwum, ale ta mozolna praca w terenie była niezbędnym preludium do tego, co miało nadejść. 

Nasze poszukiwania zapędziły nas daleko na wschód miasta. Skorzystaliśmy z okazji, by z perspektywy siodełka przeanalizować postępy prac przy gigantycznych inwestycjach: węźle mistrzejowickim i nowym odcinku S7. Trudno było mi rozpoznać to miejsce – krajobraz, który utkwił mi w pamięci sprzed budowy, został brutalnie nadpisany przez nową infrastrukturę. Przy okazji miał tu miejsce pewien zabawny incydent, o czym wspomnę przy innej okazji.

Z pętli Wzgórza Krzesławickie, której remont również miał się wkrótce zacząć albo już wtedy trwał, pojechaliśmy na stację kolejową Kraków Lubocza, gdzie dywagowaliśmy o jej przyszłej roli w systemie kolei aglomeracyjnej. Na razie jednak panowała tu absolutna pustka.

Dopiero stamtąd, nasyceni widokiem miasta w budowie, postanowiliśmy udać się na pętlę tramwajową Walcownia. Adamowi zależało na konfrontacji z tym miejscem z uwagi na jego nietypowość na planie Krakowa.

W mieście, w którym panuje ciągły niedobór infrastruktury tramwajowej, średnio kilka razy w roku lokalna prasa karmi nas wizualizacjami linii będących w planach od kilkudziesięciu lat, mamy odcinek torów z paroma przystankami, po którym nic nie jeździ, i pętlę wyłączoną z użytku. Gdy inne dzielnice modlą się o możliwość jazdy „na przedniej platformie tramwaju”, tutaj torowisko zostało dosłownie porzucone i pozostawione same sobie. Dość paradoksalna sytuacja. Postanowiliśmy osobiście skonfrontować się z tym fenomenem.

Cmentarzysko torów

Przecisnąwszy się rowerami przez korki na Blokowej i Łowińskiego, spowodowane budową węzła, po czym znaleźliśmy się na Mrozowa (czy jak niektórzy chcą: Mrozowej).

To jedna z najdziwniejszych ulic w mieście, jakie widziałem. Pośród industrialnego piekła wpadamy na aleję obrośniętą rozłożystym starodrzewiem, z jednej strony flankowaną rozpadającymi się torami tramwajowymi z wiatami przystankowymi i słupami trakcyjnymi, z drugiej rurociągami i absurdalnie dużą, ciągnącą się w nieskończoność halą.

Zagadkowa jest także jej etymologia, o której rozbieżnie informacje można znaleźć w internecie: niektórzy kojarzą ją z bliżej nieznanym inżynierem kombinatu, jeszcze inni z mrozem. Faktycznie, w pobliżu znajduje się ulica Burzowa (parę kilometrów dalej, za kombinatem, również Deszczowa), co tworzyłoby ciekawy zaułek ulic o nazwach związanych ze zjawiskami pogodowymi, ale przecież, jak przytomnie podkreślają internauci, przymiotnik od mrozu to mroźny. Mamy zatem dziwacznie wyglądającą ulicę, która utraciła świadomość własnej tożsamości i własnego desygnatu – ciekawy kontrast dla ulic, które w swoich nazwach zachowały nieistniejący już desygnat (ul. Pod Forem i nieistniejący niestety fort reditowy 9 Krowodrza – odkrycie, o którym z Adamem już nieraz mieliśmy okazję mówić na konferencjach).

Jazda ulicą Mrozowa to jak przekroczenie granicy światów. Szpaler starych topól to architektoniczny żart socrealistycznych planistów. Ustawili je w karnym szeregu, jakby miały udawać aleję wjazdową do szlacheckiego dworu. Ale na końcu tej osi nie czeka żaden pałac, lecz rozpadająca się pętla. To dworski park dla suwnic i wielkich pieców, po którym nie jeżdżą karety, lecz tiry. Zresztą, widział ktokolwiek aleję prowadzącą do dworu, wysadzaną drzewami, której towarzyszyłoby torowisko tramwajowe?

Na końcu niedorzecznej alei czekała na nas nagroda – niedorzeczna pętla, cmentarzysko torów. Rozpadające się sygnalizatory, rdzewiejące słupy trakcyjne ze zwisającymi kablami. Adam przystępuje do dokumentacji, ja tymczasem chłonę ten przedziwny, zdegradowany, postapokaliptyczny krajobraz. Patrząc na rdzewiejące słupy i sygnalizatory, torowisko zachłannie zagarniane przez trawę i wszechobecne, przytłaczające zakłady przemysłowe, czuję się niemal jak na urbexie w Czarnobylu.

Kto by się spodziewał, że mamy przed sobą scenę, na której rozegra się zaraz pierwszorzędne widowisko, a my swoim przybyciem zakupiliśmy bilety w pierwszym rzędzie.

Błąd w Matrixie: piknik pod wielkim piecem

Stojąc przy samym wjeździe, spostrzegliśmy, jak dosłownie znikąd na pętle wmaszerowuje dwoje ludzi pchających dziecięcy wózek.  Zatrzymują się na środku trawiastego kółka opasanego martwymi szynami i jakby nigdy nic przystępują do piknikowania. Rozsiadają się na kocu, nie pamiętam, czy małe dziecko od początku maszerowało z nimi za rączkę, czy zaczęło biegać wokół koca z jedzeniem dopiero po wyjęciu z wózka, to nieistotne. Po jakimś czasie chyba zaczęli bawić się piłką, na co patrzyłem z pewnym rozrzewnieniem. Przyglądaliśmy się temu niecodziennemu zjawisku w milczeniu, nie wchodząc w żadne interakcje z niezapowiedzianymi przybyszami.

Wokół pohukiwały tiry, narzędzia i cała masa otaczającego nas żelastwa.

To nie był żaden artystyczny performans. Pośród przytłaczających zakładów przemysłowych toczyła się najzwyklejsza, sielankowa scena rodzinnego popołudnia.

Postanowiliśmy nie przerywać tego fenomenu i oddaliliśmy się na rowerach od tej niedorzecznej sceny równie niedorzeczną scenografią, jaką jest ulica Mrozowa. Podczas jazdy analizowaliśmy jeszcze stan torowiska i wiat przystankowych wzdłuż ulicy, by odjechać stamtąd już na dobre.  

Geografia absurdu

Pośród industrialnego piekła toczy się ta niewytłumaczalna dla mnie sielanka. Gdyby to był trawnik w środku Parku Jordana czy środek Błoń, nic by mnie nie dziwiło, ale ten zdegradowany, nietrakcyjny sztafaż absolutnie nie pasuje mi do popołudniowego pikniku.

Adam pokaże na swoich zajęciach, że wbrew pierwotnym założeniom badawczym, pętla jest nadal w użyciu, tylko na trochę innych zasadach, niż można by oczekiwać. Przyjechaliśmy tam badać cmentarzysko infrastruktury, a dostaliśmy lekcję o witalności miasta. Życie nie znosi próżni. Nawet w scenerii postapokaliptycznej niczym ze Stalkera, zwyczajność potrafi „zhakować” przestrzeń i nadać jej nowy, ludzki sens.

Mało brakowało, a Walcownia pozostałaby w moich notatkach jedynie jako klasyczny przykład nie-miejsca. Gdyby nie ten niepozorny epizod, nie miałbym w ogóle ochoty opisywać naszej wycieczki, nie byłoby w niej raczej nic nadzwyczajnego poza inwentaryzacją pewnej części miasta, która z naszego punktu widzenia była interesująca.

Do mojego słownika „piknik na pętli Walcownia” przejdzie jako określenie czegoś absolutnie niespodziewanego, absurdalnego, niedorzecznego, ale jednocześnie zmuszającego do refleksji. Jako przykład działania, które umyka prostym kategoryzacjom. Pojechaliśmy tam, żeby poczuć postapokaliptyczny krajobraz infrastruktury wyłączonej z użycia, a otrzymaliśmy obraz zwyczajnego życia tętniącego w najbardziej nieoczekiwanym miejscu. To oczywiście skłoniło nas wówczas do refleksji, co też przydarzy nam się kolejnym razem, w innym miejscu – nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Z perspektywy archiwum mogę jednak zdradzić, że przytrafiło nam się kilka tego typu zdarzeń, choć nie aż tak widowiskowych.  

Poza tym, kto jest większym dziwakiem: odpoczywająca rodzina czy dwójka rowerzystów, która zjechała całe miasto wzdłuż, chcąc zobaczyć stertę rdzewiejących torów, a przypadkiem zobaczyła tych pierwszych i nie może się nadziwić?

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło

Nota o ilustracji tytułowej:

„Tańczące dzieci w lesie” (godło kamienicy przy ul. Marcina Borelowskiego-Lelewela 5). Wizualizacja autorska (Maciej Wcisło). Zamieszczam ten modernistyczny symbol sielanki jako kontrapunkt dla industrialnej melancholii walcowni. To wizualny cytat z tradycji ilustrowania krakowskich legend godłami kamienic z książki Bronisława Heyduka – tutaj godło staje się komentarzem do niesamowitości pikniku w cieniu wielkiego pieca.

Podziemna struktura miasta

Wizualizacja modernistycznego godła "Smok" z ul. Bolesława Komorowskiego 9 w Krakowie (Półwsie Zwierzynieckie, dzielnica VII Zwierzyniec). Nietypowy, "owłosiony" smok w kolorach kremowym, złotym i ceglastym na granatowym tle, przypominający psa. Ilustracja metaforyczna do eseju o eksploracji krakowskich kawern, należących do kompleksu Twierdzy Kraków (Bodzów, Kostrze, Pychowice, Wielkanoc).

Atrybuty badacza – mapa, latarki i kabanosy

Adamowi R. Parolowi – z wdzięcznością

Od dłuższego czasu nie mogłem się doczekać tego dnia. Zapakowałem niezbędny sprzęt, przede wszystkim kilka latarek oraz konieczne do poprawy morale kabanosy, po czym pędem ruszyłem na umówione miejsce zbiórki. Gdy wyjeżdżałem z domu, byłem bardzo zmartwiony, bo mimo wielokrotnego upewniania się, że pogoda będzie nam sprzyjać, zaczęło delikatnie padać. Stwierdziłem jednak, że już nic nie jest w stanie przeszkodzić nam w realizacji planu.

Spotkaliśmy się pod Kapelanką, gdzie na zachętę (i dla odwrócenia uwagi od mojego kilkunastominutowego spóźnienia) poczęstowałem Adama kabanosem. Ruszyliśmy Twardowskiego w stronę Zakrzówka. Skierowaliśmy się na Norymberską, a potem w stronę Tynieckiej, by następnie odbić w niedaleko Rodzinnej.

Tym sposobem znaleźliśmy się na terenie Uroczyska Górka Pychowicka – w lesie, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Przypięliśmy rowery do szlabanu i wkroczyliśmy w nieznaną gęstwinę.

Zaufaj geografowi!

Po paru minutach marszu i dyskusji nad mapami rozpościera się przed nami niewielka polanka, ograniczona z prawej strony skałą, którą typowałem na idealną do ulokowania w niej kawerny. Po krótkim przekomarzaniu się i zarzutach z mojej strony, że zanadto oddalamy się od obstawianego przeze mnie miejsca, Adam dumnie wskazał piękne wejście, odcinające się znacząco swoją geometrią od nierównych skał. Będzie to zresztą jeden z wielu argumentów lansowanych przez Adama, że w ramach wycieczek terenowych powinienem „zaufać geografowi”. Z satysfakcją spostrzegłem, że krata zamocowana w wejściu jest uchylona – nieme zaproszenie do innego świata. Po odpaleniu latarek zanurzyliśmy się w wiejącą chłodem, niemal namacalną ciemność. Tym sposobem zwiedziłem pierwszą z prawdziwego zdarzenia kawernę.

Przed wycieczką widziałem tyle zdjęć i planów, że powinienem być przygotowany na to, co zobaczę. Żadne jednak zdjęcie nie jest w stanie zastąpić doświadczenia tego na własnej skórze. Snopy światła odsłaniają coraz to dalsze partie skalnego labiryntu, języki światła skaczą po chropowatych skalnych ścianach, wydobywając z niebytu kolejne przejścia i pomieszczenia. Przyjemny chłód, ciemność, ciekawość i ekscytacja całkowicie nami zawładnęły. Zachłannie odkrywaliśmy tę nową dla nas przestrzeń.

To, co uderza najbardziej, to dysonans, z którym umysł z początku nie jest w stanie sobie poradzić. Widzę bowiem dziką, pierwotną materię – ostre krawędzie skał, nieregularne wyżłobienia, surowy kamień, który wygląda, jakby został wyszarpany naturze siłą. Z drugiej jednak strony, gdy zmieniam oświetlenie i spoglądam w głąb tunelu, dostrzegam przerażającą wręcz precyzję. To nie jest twór natury. To brutalna geometria narzucona geologii.

Sarkofag od linijki

Ściany, mimo swojej chropowatości, trzymają idealny pion. Strop, choć poszarpany, zamyka przestrzeń w nienaturalnych, pudełkowych ryzach. Tylko że to „pudełko” ma zwodnicze, klaustrofobiczne wymiary. Według planu stoję w korytarzu o szerokości zaledwie czterech metrów, który jednak strzela w mrok prostą linią na długość blisko czterdziestu metrów. Jesteśmy na całkowitym pustkowiu, toniemy w ciemnościach, a nad nami spoczywają tony litej skały.

Jesteśmy więc zawieszeni między masywem skalnym, ciemnością, a pudełkową próżnią, którą coś każe nam zbadać, oswoić.

To napięcie między naturalnością a geometrycznością jest hipnotyzujące i niepokojące zarazem: jakby wejść do dzikiej jaskini, którą ktoś wykreślił od linijki. Wchodząc głębiej, czujesz się jak intruz w ciele góry, wędrując korytarzem, który jest pomnikiem ludzkiego uporu w walce z geologią. Latarka wyrywa z ciemności tylko fragmenty tej układanki, resztę pozostawiając w sferze niedomówienia.

Austriacka ścieżka w niebyt

Kolejnym celem naszej wyprawy były dwie jednokomorowe kawerny w Pychowicach. Udało mi się zlokalizować w terenie wąwóz, uformowany podobno przez Austriaków specjalnie jako droga dojazdowa do tych obiektów. Dziś jednak żaden trakt już tamtędy nie prowadzi. Wąwóz jest gęsto zarośnięty i skutecznie broni dostępu do miejsc, do których kiedyś miał go ułatwiać – znak czasu.

Po kilku minutach przedzierania się przez krzaki dotarliśmy na ostatni odcinek wąwozu. Znaleźliśmy tam miejsce na ognisko, skałki i rozwidlenie ścieżek prowadzące do dwóch kawern. To niezwykle urokliwy zakątek – wspólnie z Adamem skojarzył nam się ze „skalnym miastem”. Wszechobecna zieleń, gąszcz paproci, skały i wisząca w powietrzu ciężka wilgoć sprawiały wrażenie, jakbyśmy – niczym Indiana Jones – eksplorowali egzotyczną dżunglę. Sama kawerna okazała się niewielka, złożona tylko z jednego większego pomieszczenia, ale jej odnalezienie i tak dało nam sporo satysfakcji.

W kolejnej kawernie uderzył nas niesamowity kontrast. Kontrast sprawiającego wrażenie całkowicie naturalnego, nieregularnego wejścia z halą, która otwiera się tuż za nim. We wszystkich odwiedzonych przez nas tego dnia obiektach w głąb skał prowadził nas wąski, obetonowany tunel. Tutaj natomiast geometryczne pomieszczenie pojawia się niemal natychmiast po przekroczeniu dzikiego, jaskiniowego otworu.

Kubatura pomieszczenia, dzieła jakby zrobionego od linijki, bardzo jaskrawo kontrastuje z wejściem. 

Przystanek – nieistniejący fort

Rowery odpięte, mapa sprawdzona, podążamy dalej. Przystanek autobusowy „Fort Bodzów” prowokuje nas do dyskusji, kto i kiedy zadecydował, że taka nazwa przystanku będzie odpowiednia. Czy smutne ruiny fortu, bezmyślnie zburzonego za komuny, są aż tak obecne w świadomości mieszkańców, że postanowiono uczynić z nich istotny punkt odniesienia i nazwać tak przystanek?

Rowery znów zostawione w bezpiecznym miejscu, pniemy się do góry ścieżką sprawiającą wrażenie wąskiego trawnika między domami. I chociaż jedna z odnóg tej ścieżki prowadzi do czyjejś posesji, ta druga, wijąc się na tyłach innego domu, doprowadza nas do dużo porządniejszej drogi, zmierzającej w stronę smutnych ruin Bodzowa.

Niestety nici z podziwiania znakomitej panoramy miasta, zostaje jedynie spacer pośród smutnych ruin bezsensownie zniszczonego fortu. Pierwszy raz byłem tutaj, gdy jako nastolatek wymknąłem się ze wspólnego przesiadywania z tatą w biurze, niemniej jednak czułem się wtedy w tej obcej sobie okolicy dość niekomfortowo (ruiny, urwiska, kamieniołomy i świadomość istnienia jakichś tajemniczych tuneli – to wszystko działało na mnie wtedy chyba trochę przytłaczająco, ale jednocześnie przyciągająco, żeby się tu zjawić).

Spotykamy dwie panie jadące konno (co bardzo mnie zaskoczyło), po kilku minutach marszu pośród ciekawej roślinności stanęliśmy nad przepaścią.

Naszym oczom ukazał się iście księżycowy krajobraz kamieniołomu w Bodzowie.

Skalny labirynt pośród ruin

W jakiś instynktowny sposób przeprowadziłem nas kluczącymi tu i ówdzie ścieżkami. Miniaturowa polanka, a obok niej w zaroślach wejście do kawerny, niestety zakratowane.

Wiele lat temu z Krzyśkiem lub Andrzejem musiałem być tu po raz pierwszy, ale pamiętam tę sytuację jak przez mgłę – chyba dostrzegłem gdzieś z góry wejście do kawerny, ale stchórzyliśmy, twierdząc, że nie mamy wystarczająco mocnego światła czy nie chciało nam się przedzierać przez chaszcze (a może to był wówczas tylko pretekst). Zakratowane wejście… Cóż z tego, skoro tych było kilka.

Zainteresowała mnie bardzo słabo dostrzegalna ścieżka odchodząca od polanki i kiedy Adam rozmawiał przez telefon, postanowiłem zanurzyć się w te zarośla i w odległości zaledwie kilku metrów znalazłem równoległe wejście do poprzedniego. Co najważniejsze – otwarte.

I znów zanurzamy się w ciemność tajemnicy i kuszący chłód, który sprawia, że aż nie chce nam się wychodzić z powrotem na tę duszną, deszczową pogodę. W wielkiej hali przywitał nas niedorzecznie przewrócony na środku fotel, poza tym chyba żadnych wielkich niespodzianek.

Moją specjalnością jest podziwianie wielkich krzemieni wystających ze ścian (jako dziecko miałem słabość do krzemieni), analizowanie nacieków i nalotów na skałach. Żałujemy, że nie ma wśród nas geologa, który potrafiłby nam powiedzieć dużo więcej na temat tego, na co właściwie patrzyliśmy.

Wejście wycelowane w kierunku kamieniołomu zakratowane. Pamiętam opisy tej kawerny krzyczące dużymi literami o ogromnym niebezpieczeństwie. Brzmiały one tak, jakby człowiek nieświadomie szedł w kierunku światła i momentalnie (z chwilą znalezienia się w otworze wejściowym) spadał w przepaść – zaręczam, że tak to nie wygląda. Oryginalnie cała kawerna przecież znajdowała się w skale, zatem kamieniołom musiał nieco w tym miejscu naruszyć jej strukturę – betonowe płyty stanowiące tunel wejściowy powinny przecież tkwić w skale, a nie stać luzem, jak wynika ze zdjęć i tego, co dojrzałem przez kratę… No i właśnie, wyjście to ulokowane jest równolegle do przepaści, a nie prosto w nią.

Schodzimy z Bodzowa i docieramy do kawerny Kostrze. Pogoda nas nie rozpieszcza, ale towarzyszy nam chora wręcz determinacja.

Od podpisu saperów do pieczarek

Wejścia do kawerny w Kostrzu broniła bramka, nie została ona uchylona i otwarta, lecz brutalnie wyrwana z zawiasów i porzucona obok.

Po wejściu do środka uderza nas zasadnicza różnica względem poprzednich obiektów. Tu nie ma dysonansu między naturalną skałą a jej nienaturalnym kształtem, bo skały tutaj po prostu nie widać. Jest czyste przytłoczenie wszechobecnym betonem i cegłami. Wchodząc w głąb, ma się wrażenie wkraczania do schronu przeciwatomowego, a nie do kawerny z czasów Wielkiej Wojny. Betonowy pancerz szczelnie otula przestrzeń, tworząc zimny, przytłaczający tunel. Choć obiekt służył kiedyś jako pieczarkarnia (stąd pozostałości pieca), to żadnej pieczarki jednak nie zastałem, dziś  „ozdobą” tego miejsca są zwisające smętnie kable. To miejsce odarte z jaskiniowej tajemniczości, za to dobitnie świadczące o militarnej, ludzkiej ingerencji w przestrzeń.

Mimo tego surowego, industrialnego chłodu, za największy atut kawerny i dodatkowy bodziec do jej odwiedzenia uznałem tablicę przy wejściu, będącą wizytówką i podpisem jej twórców, jaskrawo odcinająca się swoją barwą i strukturą od wszechobecnego betonu. Czy mała kawerna kuta w skale to aż tak duże przedsięwzięcie inżynieryjne, że wymagało takiego upamiętnienia?  Nie wiem, ale jestem wdzięczny jej twórcom, że zostawili po sobie tak wyjątkową pamiątkę. Jakoś mnie to rozczula.

Przy zawalonym wejściu, świecąc po suficie, dostrzegłem małego nietoperza. Nie budźmy go, chodźmy dalej.

Zwyczajna kapliczka?

Wracamy do rowerów, przed nami jeszcze dwie zaplanowane na dziś kawerny – kawerna „Pod Kapliczką” miała być zamknięta kratą przez lokalnego księdza (tyle wyczytałem na różnych mądrych stronach). I faktycznie, jedno wejście było zastawione kratą, na dodatek znajdowało się w jakiejś jamie poszatkowanej korzeniami drzew, choć może jakoś bym się prześlizgnął szparą w kracie, gdyby była taka potrzeba…

Po drobnym rozczarowaniu tym faktem zarządziłem jednak obejście kapliczki. Opłaciło się to, bo już po chwili wskazywałem triumfalnie kolejne wejście.

To chyba najbardziej odrealnione miejsce, jakie tego dnia odwiedziliśmy. Wchodzi się głęboko pod ziemię, jakby do wnętrza wydrążonej góry, której szczyt dla niepoznaki zwieńczono kapliczką. Przestrzeń sakralna na górze, militarna na dole – niesamowity kontrast.

Topografia tej kawerny różni się diametralnie od pozostałych. Prowadzą do niej strome schody, które wiodą nas w głąb do ogromnej, podłużnej hali z kilkoma nieczynnymi wejściami po bokach. Wnętrze nosi ślady dziwnego „życia po życiu” – na ścianach bieleją współczesne włączniki światła, a z sufitu zwisają rozprute peszle z kablami. Wygląda to tak, jakby ktoś próbował oswoić tę militarną przestrzeń, ale ostatecznie ją porzucił. Jeden z korytarzy jest zawalony; już po wyjściu na powierzchnię, stojąc na trawie, spekulowaliśmy, w którym miejscu ten podziemny tunel powinien mieć swój wylot.

Najbardziej intryguje mnie jednak sam koncept: ukrycie strategicznego obiektu wojskowego bezpośrednio pod kapliczką. To genialny w swojej prostocie, choć nieco cyniczny kamuflaż. Wyobraźnia od razu podsuwa obrazy: stawiasz przed domem niewinnie wyglądającą kapliczkę, taką, jakich pełno w Polsce przy każdej drodze czy rozdrożu. Dla  sąsiadów byłaby miejscem modlitwy, a dla mnie – tajnym włazem do podziemnego świata.

Nic dziwnego, że ten mechanizm tak działa na wyobraźnię. Być może właśnie dlatego poszukiwacze przygód tak uparcie doszukują się wejścia do innej, nieznanej dotąd kawerny pod betonowym schodkiem kapliczki na drugim końcu Krakowa.

Wielkanoc w sierpniu

Ostatnim celem była kawerna „Wielkanoc”. Szczęście nas nie opuszczało – wejście znaleźliśmy natychmiast, zionące czernią i całkowicie otwarte. Fortuna nam dziś zdecydowanie sprzyja.  Obiekt okazał się prawdziwym labiryntem; mieliśmy wrażenie, jakby tunele i komory mnożyły się w nieskończoność, zapraszając nas coraz głębiej i głębiej.

W środku raczej nic nas nie zaskoczyło poza sporą ilością pająków. Dokonaliśmy inspekcji innych wejść do obiektu. To ponury katalog zamknięć: jeden otwór pogrzebany ziemią, inny zabity zardzewiałą blachą, kolejny – choć drożny tylko w połowie – dodatkowo uzbrojony w kratę.

Ślady cywilizacji ograniczały się do śmieci. Ktoś zadał sobie nawet trud zapakowania części z nich do worka, ale porzucił go wewnątrz. Kto i kiedy miałby go wynieść? Śmieciarka tu raczej nie dotrze.

Zastanawia mnie fenomen imprez w takich miejscach. Co kieruje ludźmi niezwiązanymi z fortyfikacjami, aby wybrać wilgotne, podziemne korytarze na miejsce spotkań? Czy nie czują lęku, pierwotnego niepokoju? Czy komfortowe byłoby przesiadywanie tutaj godzinami? A może to właśnie o ten niepokój chodzi? Wyobraźnia podsuwa mi klaustrofobiczną wizję: nietrzeźwy człowiek w ciemnościach i po omacku próbuje znaleźć wyjście, odbijając się od krat i zwałów ziemi, uwięziony w betonowej pułapce.

Po upewnieniu się, że przeszliśmy każdy korytarz i każde pomieszczenie, wyszliśmy z kawerny, łapiąc w płuca ciężkie, deszczowe powietrze. Z końcówki wakacji zrobiła nam się jesień – konstatujemy. Niemal równo z naszym wyjściem zapada zmrok.

Jazda w mokrych okularach

Plan zrealizowany, w poczuciu satysfakcji wracamy na rowerach mimo bardzo niesprzyjającej aury. Docieramy na bulwary wiślane na wysokości Bodzowa, które przypominają mi wszystkie wycieczki rowerowe do Tyńca z ojcem i nie tylko z nim. Na wysokości jednostki wojskowej na Tynieckiej żegnamy się w poczuciu dobrze spędzonego dnia.

Jadę sam, myśli kotłują się w głowie, deszcz smaga mnie po twarzy, a krople deszczu padają na okulary. Robi się coraz ciemniej, światła samochodów i latarni ulicznych w mokrych okularach tworzą mi przed oczami kształty przypominające struktury płatków śniegu. Wycieranie okularów wilgotną już chusteczką z przemoczonych spodni powoduje, że widzę jeszcze gorzej, cały obraz się rozmazuje. Niemal po omacku udaje mi się wrócić do domu. Przemoczone ubrania nie psują mi nastroju. Dzisiaj zrobiłem coś przełomowego – i to było dla mnie najważniejsze.

Towarzyszyło mi dzisiaj uczucie zachwytu i grozy, jakiś rodzaj respektu wobec tych pociągających dzieł (mysterium tremendum et fascinans). Wejście w nieznaną nam ciemność, gest powtarzany przez nas tego dnia wielokrotnie. Mrok i tajemnica. Co zastaniemy po przekroczeniu kutych w skałach wejść? Libację alkoholową, śmieci wielogabarytowe z całego osiedla, gruz, oberwany strop, satanistów, pijaków, ludzkie albo zwierzęce zwłoki? Stanęliśmy twarzą w twarz z tajemnicą i ponadstuletnim dziedzictwem.

Żeby znaleźć kawerny, trzeba przede wszystkim wiedzieć, czego się szuka. W tym względzie, poza analizą mapy, świetne jest przyswojenie sobie zdjęć wejść, żeby móc je skonfrontować z tym, co zastaniemy na miejscu.

Warto mieć przy sobie geografa – i móc przekupywać go kabanosami.

Bądźcie uważni.

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło

Nota o ilustracji tytułowej:

„Uśmiechnięty Smok” (godło kamienicy przy ul. Bolesława Komorowskiego 9). Wizualizacja autorska (Maciej Wcisło). Ten nietypowy, modernistyczny smok z 1936 roku – pokryty sierścią zamiast łusek i przypominający domowego pupila – staje się tu strażnikiem bramy do podziemnego Krakowa. Schodząc do kawern Twierdzy Kraków, zadawaliśmy sobie pytanie: „ Co zastaniemy pod ziemią? A co jeśli smok wawelski po prostu zmienił adres?”. Ilustracja jest wezwaniem do uważności (slow looking): niesamowitość czai się często tuż za rogiem, w nieoczywistej formie.