Fort rozproszony Bielany/Krępak: dziedzictwo w chaszczach i w kawałkach

Austriaccy inżynierowie zaprojektowali fort rozproszony, by w racjonalny sposób gospodarować przestrzenią i poszczególnymi elementami dzieła obronnego, dostosowując je do ówczesnych, zmiennych realiów pola walki. Sto lat później krakowska „urbanistyka” rozproszyła go tak bardzo, że zdołała zmylić samą siebie. To kolejna odsłona spacerów po zrujnowanej Twierdzy Kraków, która zamiast uczyć historii, stała się pomnikiem naszej przestrzennej i historycznej amnezji. Zatopione w murach resztki odciętego pancerz, przygnębiający chłód tajemniczej kawerny i chaszcze zagarniające ślady historii. Zapraszam na wyprawę do fortu Bielany.

Krótkie spodenki i długa agonia zabytku

Mgliście pamiętam, gdy pojawiłem się tu po raz pierwszy. Pamiętam słoneczne lato i żółto-czarną tabliczkę na wysokim słupku z krótkim objaśnieniem, z czym mamy do czynienia. Stoimy z ojcem wraz z rowerami, zapewne namówiłem go do przejazdu tędy przy okazji jakiejś innej wycieczki (prawie na pewno do Tyńca, co było w pewnym okresie naszym rytuałem z określonymi elementami). Pamiętam, że chodzę wzdłuż schronu pogotowia w krótkich spodenkach, zapewne też wszedłem do lekkiej kopuły obserwacyjnej, znanej mi już bardzo dobrze chociażby z Olszanicy, przeszedłem się też wzdłuż znajdującego się nieopodal bloku koszarowego, zrobiłem kilka zdjęć, które być może kiedyś odnajdę. Niewykluczone, że przeszedłem się też wtedy krótką poterną, która musiała wtedy zrobić na mnie spore wrażenie, choć to jedynie krótki tunelik. Tyle zapamiętałem z pierwszego kontaktu.

Potem wielokrotnie powracałem tutaj w różnych sytuacjach, z różnymi osobami na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat – wspomnienia z tych wizyt zlewają się, ale postaram się wyciągnąć z nich parę interesujących obserwacji. Ludzie się zmieniali, nie zmienił się jednak fort i jego stan – niezagospodarowany, niepełniący w przestrzeni żadnej nowej, na nowo zdefiniowanej roli, czekający na lepsze czasy, które mogą już nigdy nie nadejść.

Najbardziej jednak – oczywiście – kusiło mnie wejście do fortecznej kawerny, o której istnieniu w którymś momencie się dowiedziałem. Wiedziałem też, jak głosi literatura, że poszczególne elementy fortu zostały celowo rozproszone, więc mój pierwszy kontakt pominął znaczący element – resztki ciężkiej kopuły pancernej. Pamiętam doskonale jedną nieudaną próbę zdobycia kawerny z Andrzejem, próbę ze wszech miar głupią i absurdalną, gdy lawirowaliśmy między stromym zboczem a ogrodzeniami pobliskich domów w jakiejś jesiennej aurze, próbując tym sposobem znaleźć się przy wejściu do tunelu, jednocześnie nie chcąc być zauważonym z głównej drogi. Zdobycie kawerny udało się dopiero z Adamem lata później.

Sztafeta pokoleń w dziurze odciętego pancerza

Mimo tego niepowodzenia udało mi się wrócić tu jeszcze kiedyś z Andrzejem w zupełnie nowej roli i w innych okolicznościach – z moim chrześniakiem, któremu pragnęliśmy pokazać, w jakich miejscach spędzaliśmy swój wolny czas jeszcze nie tak dawno, licząc na to, że może i jego takie miejsca zainteresują.

Kiedy byliśmy tutaj z Adamem, przytrafiła nam się ciekawa historia. Obejrzeliśmy dokładnie schron pogotowia i lekką kopułę, po czym skierowaliśmy się na południe. W zionącej pustką ranie po kopule pancernej siedziało dwóch chłopaków i beztrosko rozmawiało. Zaskoczył nas ten widok, ale przywitaliśmy się kulturalnie, porobiliśmy trochę zdjęć. Widok z góry jest naprawdę niezły! Chłopcy powiedzieli nam coś w stylu, że „tam obok znajduje się jeszcze jeden bunkier”. Choć doskonale wiedzieliśmy, gdzie i po co tu przybyliśmy, okazaliśmy im wdzięczność i doceniliśmy za tak otwarte podejście do potencjalnych intruzów, którzy postanowili przyglądać się cegłom i robić zdjęcia akurat, gdy może właśnie wymknęli się ze swoich domów, by swobodnie porozmawiać. Tak oto tutejsze dzieci zostały naszymi przewodnikami. Odnoszę takie wrażenie, że przez moment dostrzegliśmy w nich samych siebie sprzed lat… To może i nawet urocze, że ktoś uczynił sobie plac zabaw w kraterze po pancerzu, a fortyfikacja może jest w stanie jakoś żyć w rękach (i wyobraźni) najmłodszych. Może kiedyś uda mi się napisać tekst (o sobie i o innych), który bym zatytułował: Twierdza Kraków jako tło (przestrzeń) dorastania.

W zdegenerowanej przestrzeni, z której wyparowało pierwotne, strategiczne znaczenie, to właśnie dzieci (nie licząc okazjonalnych wycieczek i oprowadzań, umożliwiających chwilowe obcowanie z zamkniętymi kubaturami) nadają ruinom nowe, społeczne życie. Oczywiście, zabawa na krawędzi odciętego pancerza na wzniesieniu górującym nad ruchliwą drogą niesie za sobą wiele niebezpieczeństw. Jednak jest w tym coś ujmującego (i na pewno budzącego większą sympatię niż wszechobecne ślady po wandalach i osobach, którzy egoistycznie utylizują swoje niechciane rzeczy w takich przestrzeniach) – fakt, że architektura militarna staje się sceną młodzieńczych schadzek i tajemnic, że jest oswajana przez pokolenie, które zapewne nie ma najmniejszego pojęcia o jej dawnej randze. Wszystko jednak przed nimi. To przedziwne, wtórne życie ruin, którego zaobserwowanie bardzo mnie ujęło.

Rozmach austriackich inżynierów i skala współczesnego wandalizmu

Fort Bielany to dzieło międzypola w nomenklaturze fachowej, o nieznanym numerze w pierścieniu. Zbudowane zostało w latach 1908–12 jako jedyne w twierdzy typowe dla systemu fortowego rozproszonego. Stąd rozmieszczenie jego części „okrakiem” od serpentyny bielańskiej, poprzez szczyt wzgórza do wału nad drogą tyniecką. Wśród zachowanych niemal w całości części zwraca uwagę stalowa obudowa ściętej ok. 1965 r. kopuły tradytora. Fort ma być zamieniony na park [co nigdy nie nastąpiło – przyp. M.W.]. Gdyby nie wciskająca się tu chaotyczna pseudowillowa zabudowa, byłoby to miejsce o niezrównanych walorach widokowych[1].

Pomieszczenie tradytora skrajnie zdemolowane – aż przykro patrzeć. Mocno na wyobraźnię działa widok zatopionych w murach resztek metalu, szerokość odciętego pancerza – to refleksja nad rozmachem austriackich budowniczych połączona z refleksją nad skalą bezsensownego zniszczenia, która przyniosła komuś nielegalny, szybki zarobek. Aż trudno wyobrazić sobie monumentalność tej wieży, nie dysponując jej zdjęciami ani dokumentacją. Stojąc na jej resztkach możemy jednak widzieć mniej więcej podobny krajobraz do tej, który ona „widziała” nieco ponad 100 lat temu. Tak to niestety jest, gdy fortem bardziej zajmowali się złomiarze niż konserwatorzy.

Niestety jak dotąd nie udało mi się zobaczyć koszar od środka. Ograniczyłem się do zaglądania przez  dziurkę od klucza i do podziwiania cudzych zdjęć. Raz kiedyś podczas przejazdu z kimś dostrzegliśmy uchyloną okiennicę (oryginalną!) w bloku koszar, ale nie skorzystałem z tej okazji. Niesamowitą ironią losu jest fakt, że ktoś uporał się z monstrualną wieżą, zostawiając w spokoju sąsiednią lekką kopułę czy pancerne okna i bramy koszar.

W końcu jednak mnie i Adamowi udało się zobaczyć kawernę, która tak długo czekała na mojej liście miejsc do odwiedzenia. Z wejściem do niej nie mieliśmy najmniejszego problemu. Ma kształt załamującego się dwukrotnie pod kątem tunelu. Drugie wyjście jest niestety zasypane. Ciekawostką są  zachowane drzwi. To już nie jest spektakularny labirynt skalny co w przypadku Pychowic, Bodzowa czy Wielkanocy. Mimo to nie czułem się w niej komfortowo. Miałem wrażenie, jakbym zza kolejnego załomu korytarza miał zaraz ujrzeć dyndające na haku zwłoki. Betonowe elementy uzupełniające konstrukcję korytarzy działały na mnie jakoś przygnębiająco, przytłaczająco.

Kiedy przestrzeń traci swoją logikę

Już w latach 80. profesor Janusz Bogdanowski zwracał uwagę na degradację przestrzeni fortu poprzez wtrącenie przypadkowej zabudowy pomiędzy poszczególne elementy fortyfikacji. Dzisiaj układ całego założenia jest nieczytelny w terenie, nie udało się zachować spójności tego wyjątkowego dzieła. Fort jak dotąd stoi pusty i nic nie wskazuje na to, aby miało się to zmienić w najbliższym czasie…

Wrażenie przygnębienia generuje całkowicie zaniedbane, odstręczające otoczenie. W rozwidleniu Księcia Józefa i Mirowskiej roztacza się zaśmiecony zagajnik, którego elementy długo dawały mi do myślenia, aż w końcu nie złączyły mi się one w logiczną całość. Pamiętam, jak podczas jednego ze spacerów natknąłem się między liśćmi na kilka betonowych schodków i niewielkie podziemne pomieszczenie, niemające żadnego związku z fortem – potem bardzo mi zależało, by móc znowu je odnaleźć. Między chaszczami zwraca również uwagę wyglądająca całkowicie niedorzecznie konstrukcja, wyglądająca jak niski, betonowy daszek. Dodajmy do tego niezwykle posępny i sprawiający wrażenie umieszczonego na odludziu budynek przy ulicy Mirowskiej 157AB, który w moim odczuciu ma coś z niemieckiego budynku koszarowego. Na różnych forach do dzisiaj się głowią, dlaczego na tyłach tego budynku, poza ceglanym, nieczynnym wejściem do kawerny znajduje się składzik o przeskalowanej, betonowej obudowie, w oczywisty sposób konotujący militarne skojarzenia. Podobno to właśnie Niemcy w czasie okupacji adaptowali dawną kawernę na schron przeciwlotniczy, do czego mógł on być im akurat tutaj potrzebny? Chciałbym się tego kiedyś dowiedzieć. Po jakimś czasie okazało się, że ów betonowy daszek to pozostałość strzelnicy, funkcjonującej tutaj od lat międzywojennych, a na jednej z facebookowych grupek znalazło się zdjęcie eleganckiej bramki stylizowanej na tarcze strzeleckie, broniącej wejścia na ten teren.

Triumf urbanistycznego chaosu

Na tym polega najbardziej gorzki paradoks fortu Bielany. Ten anachroniczny dziś obiekt był w istocie ważnym osiągnięciem logicznego, inżynieryjnego myślenia o przestrzeni. Jego rozproszenie miało głęboki, strategiczny sens – to fort był dominantą  organizującą konsekwentnie swoje otoczenie.

Dziś ten sam przestrzenny rozmach traktowany jest przez miasto jako zwykłe marnotrawstwo cennego gruntu. Wirus dzikiej zabudowy już zaczął infekować jego teren, upychając między militarnymi reliktami przypadkowe domy i ogródki działkowe. Biorąc pod uwagę krakowskie realia polityki przestrzennej, mam prawo zakładać, że ten proces będzie nieubłaganie postępował.

W efekcie to, co niegdyś było pierwotnym kontekstem przestrzennym, wkrótce zostanie zredukowane do roli absurdalnej ciekawostki (a może to już się dokonało?). Fort – choć był tu pierwszy i to on zdefiniował tę przestrzeń – stanie się w swoim własnym otoczeniu  intruzem, nieprzystającym do niczego kuriozum. Będzie wyglądał jak architektoniczny glitch w SimCity, sprawiający wrażenia omyłkowego wklejenia ceglano-betonowego schronu w sam środek chaotycznego osiedla domków jednorodzinnych. I żadnego parku, o którym wspominał profesor Bogdanowski, nie dożyjemy i zaprzepaścimy okazję na jego powstanie. Tak oto inżynieryjny rygor fortyfikacji zostanie ostatecznie pokonany – nie przez wrogą armię, lecz przez nasz własny, urbanistyczny chaos. Obym się mylił.

*Refleksja nad procesem

Podejmując się tego eseju, zarzekałem się, że publikuję teksty wyjęte z szuflady – gotowe, zamrożone w czasie zapiski. Jednak proces twórczy rzadko bywa tak linearny. Choć fundamenty tej historii tkwiły w szufladzie od lat, samo wykonanie, jak widać, jest współczesne – to nieustanny dialog z tym, co już wiemy, a tym, co dopiero wydobywamy na światło dzienne.

Pisząc ten tekst, polegałem na filtrze pamięci, która przez lata wygładziła niektóre krawędzie, a inne – wyostrzyła. Dopiero odnalezienie po paru godzinach od publikacji archiwalnego folderu ze zdjęciami z wycieczki z Adamem (wrzesień 2023), już po postawieniu ostatniej kropki, zmusiło mnie do przeprowadzenia małej autokorekty. Zdjęcia, choć w zdecydowanej większości marnej jakości, wykonywane bez przerwy zacinającym się telefonem, wyciągnęły na światło dzienne detale, które wyparłem: obecność kota, gospodarza tych ruin, a także makabryczną scenerię wnętrza kawerny – porzuconą zwierzęcą szczękę, zardzewiały pilnik, nadpalone śmieci w wychodkach i zwisające ze ścian paski czy resztki odzieży… Pentagramy wyrysowane na zabytkowych stalowych drzwiach – drugie z nich przeżarte rdzą. Przedziwne połączenie.  

Widzę prześwietlone latarką skały z tajemniczą głębią tunelu zakrytą ciemnościami i przypominam sobie, że przecież tak wygląda eksploracja – widzę tylko tyle, na co pozwala mi zasięg i moc kapryśnej latarki, nie mam pojęcia, co lub kto czeka w głębi – i tak było również wtedy. Widzę też doskonale udokumentowane dzikie wysypisko przed i we wnętrzu tradytora z odciętą kopułą pancerną, zbliżenia na pająka w sieci wewnątrz lekkiej kopuły, a także roześmianego Adama na tle rozwieszonego na sznurku porzuconego materaca czy innego wzorzystego materiału.

Ten odkryty wizualny materiał nie zmienił sensu mojej wyprawy, ale dopełnił jej somatycznego wymiaru, o którym mniej lub bardziej świadomie pisałem. Te porzucone, makabryczne detale, wyparte przez mój umysł, w istocie zdefiniowały tamto somatyczne doświadczenie mroku, w znaczącym stopniu odpowiadały za poczucie niepokoju. Pamięć, jak widać, lubi zasypywać własne korytarze równie skutecznie, co wandale forteczne kubatury swoimi śmieciami.

Cyfrowe fotografie, choć w większości technicznie ułomne, zadziałały jak klucz. Pozwoliły mi precyzyjnie osadzić tamten dzień w kontekście mojego ówczesnego życia i przypomnieć sobie przełomowe detale, które umykały wspomnieniom. Co ciekawe, ten sam folder przywołał wspomnienia o innych miejscach odwiedzonych tego dnia – przełomowych dla mojego rozumienia Twierdzy, które staną się tematami kolejnych tekstów.

A zdjęcia z dzieciństwa, z tej pierwszej wycieczki z ojcem? Te wciąż czekają na odnalezienie. To archeologia własnej pamięci i tożsamości, która nigdy się nie kończy.

Dokumentacja:

https://zabytek.pl/pl/obiekty/fort-krepak-869024

https://zabytek.pl/pl/obiekty/schron-z-kopula-pancerna-871052

https://zabytek.pl/pl/obiekty/g-298118

https://zabytek.pl/pl/obiekty/srodszaniec-906851


[1] J. Bogdanowski, Warownie i zieleń Twierdzy Kraków, Kraków 1979, s. 274.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *