Kartografia samoświadomości: Bielany/Krępak

Wracam do miejsc, które kiedyś eksplorowałem z młodzieńczej ciekawości i potrzeby mocnych wrażeń, by dziś poddać te miejsca, samego siebie i moją własną pamięć rygorystycznej weryfikacji. Fort Bielany/Krępak – jedyny w Twierdzy Kraków obiekt bez numeru – na moich oczach zmienia się z reliktu historii w pole walki między dziką naturą a miejską ignorancją. Czy jako Społeczny Opiekun Zabytków jestem jeszcze w stanie ocalić to dziedzictwo przed rozproszeniem i degradacją?

Wyścig z czasem. Dlaczego audyt przestrzeni nie może czekać?

Po napisaniu ostatniego tekstu na temat fortu Bielany/Krępak, towarzyszyła mi nieodparta potrzeba zweryfikowania mojej pamięci oraz ponownego odwiedzania miejsc, o czym pisałem w tekście o prywatnej geografii miasta. Postanowiłem więc po raz kolejny – tym razem samotnie – udać się na wycieczkę do jedynego w Krakowie fortu bez przypisanego numeru, aby na własnej skórze przekonać się, na ile moje wspomnienia były kompletne i adekwatne.

Na wycieczkę mogłem sobie pozwolić dopiero wieczorem, po innych obowiązkach. Wydawać by się mogło, że sprawa może jednak poczekać, skoro ten fort stoi tam od stu lat, stoi dzisiaj, to jutro też będzie co odwiedzać. Mimo to intuicja podpowiadała mi, że dla wewnętrznej satysfakcji muszę pojechać tam akurat dzisiaj. Dzień bez tej wyprawy uznałbym za zmarnowany.

Wsiadłem więc na rower i popędziłem elegancką ścieżką wzdłuż Księcia Józefa. W głowie kotłowały się myśli: ile w ogóle uda mi się zobaczyć? Z moich obliczeń wynikało, że na miejscu będę miał do dyspozycji około godzinę, zanim zapadnie zmrok. Dojazd jest bardziej niż uciążliwy – piękna ścieżka biegnąca wzdłuż jezdni urywa się i docelowo kieruje mnie na koronę wału wiślanego – który w idealny sposób… omija teren, który chciałem zwiedzić. Konieczność wymusiła na mnie bardzo niekomfortową jazdę po jezdni – przy dużym ruchu samochodów, pod górę serpentynami Księcia Józefa.

Twierdza śmieci

W końcu trafiłem w ulicę Kruczą, która dała mi pełny przegląd architektury wzniesionej na terenie fortecznym. Sentymentalnie nawiązując do mojego pierwszego kontaktu z fortem, zaparkowałem rower przy skrzyżowaniu z ulicą Zakręt.

Tabliczka na słupku, którą czytałem jako nastolatek, nadal tu stoi, ale jest całkowicie wyblakła. W czasie, gdy moje życie napełniało się treścią, ona tej treści się pozbawiła.

Docieram do schronu – oryginalna brama zamknięta na nowiutką, błyszczącą kłódkę. Wszędzie niewypowiedziane ilości chaszczy i śmieci. Gdzieś pod nogami pojawia się połamany fotel z kolorowym obiciem, by zaraz moją uwagę pochłonął stojący pod murem schronu piecyk. Następnie wydeptana między wysokimi trawami i kwiatkami ścieżka doprowadza mnie na skraj zbocza, na którym majaczy ziejąca pustka po kopule pancernej.

Tym razem nie było w niej dzieci. Byłem tylko ja, walczący z czasem, i wszechobecna natura. Innych ludzi może i na razie nie było, ale za to było mnóstwo dających do myślenia śladów ich bytności. Nad raną po skradzionej kopule góruje prosta ławeczka, na której chętnie wykonałbym sobie sesję zdjęciową, gdybym tylko miał na to czas. W miejscu po samym pancerzu spora ilość potłuczonych butelek, jakbyśmy patrzyli do pojemnika na szkło, a nie do wnętrza nowoczesnej fortyfikacji. Kopuła gruba była na szerokość mojej dłoni – ktoś musiał się więc nieźle na niej wzbogacić. Ktoś musi doceniać walory krajobrazowe tego miejsca, skoro pofatygował się i przyniósł tutaj tę ławeczkę, to chyba jedyny plus całej tej sytuacji.

Odkrywanie rozproszonych elementów

Po przebiciu się przez plątaninę chaszczy, resztek ogrodzenia i konarów drzew z trudem docieram do przelotni prowadzącej do wnętrza tradytora. Widok jest bardziej niż przytłaczający – rozpościera się przede mną niewyobrażona stera odpadów – od butelek po zużyte opony. Wnętrze jest tak odstręczające, że trudno tak naprawdę wyjaśnić, kto normalny chciałby tu przebywać. Wszystko chrzęści pod stopami, wzbudzając we mnie mieszankę gniewu i obrzydzenia. Wszystkie te śmieci można by wybierać stąd szpadlami, tylko gdzie i jak go wywieźć? I kto zagwarantuje, że za jakiś czas nie będzie to wyglądało dokładnie tak samo?

Wracając w kierunku roweru, przemierzając łąkę w towarzystwie kwiatów i motyli, udaje mi się jeszcze wpaść zupełnym przypadkiem na dwa słupki forteczne, w tym jeden niemal już przewrócony. W blasku zachodzącego słońca odnajduję lekką kopułę obserwacyjną. Poziom gruntu uniemożliwia swobodne wejście do niej – należałoby wręcz się do niej wczołgać, na co nie mam czasu ani ochoty.

Szybko łapię za rower i przejeżdżam Kruczą, by następnie sprowadzić rower po schodach i znaleźć się przed blokiem koszarowym fortu. Zostawiam sprzęt i kontynuuję walkę z czasem: zaraz słońce zajdzie, a ja jestem zdeterminowany, żeby zobaczyć tutaj jak najwięcej. Przed blokiem koszar ciekawe zaskoczenie – plecami do fortu siedzi dwójka młodych ludzi z jakimś grillem jednorazowym czy małym ogniskiem, którego zapach towarzyszył mi w miarę zbliżania się do koszar (początkowo myślałem jednak, że to zapachy z okolicznych domów). Ich obecność trochę mnie speszyła, szybko oddaliłem się wzdłuż koszar w kierunku terenu dawnej strzelnicy. Czyli że fort wciąż „żyje” – na swój wysoce specyficzny sposób. W bloku koszar zwróciły moją uwagę otwory okienne zatarasowane w paru przypadkach jakimś rozpadającym się styropianem i sztachetami.

Przestrzeń zdegradowana i niezdefiniowana

Zależało mi na tym, żeby możliwie szybko przejść teren dawnej strzelnicy między serpentynami Księcia Józefa, znaleźć się na tyłach domu przy Mirowskiej, a następnie możliwie szybko przejść kawernę i wrócić do roweru. Przechodziłem przez ten zagajnik z ogromnym trudem, mając wrażenie, jakbym stąpał po gruzowisku. Poprzewracane drzewa, wszechobecne chaszcze nie ułatwiały mi marszu. Napotkałem na mury jakiegoś rozwalonego budynku, którego tutaj zupełnie nie kojarzyłem, jakieś murki…

W końcu udało mi się dotrzeć na tyły niepokojącego budynku przy Mirowskiej. Zlokalizowałem w oddali przeskalowaną betonową obudowę pomieszczenia, które zdaje się funkcjonować jako rupieciarnia okolicznych mieszkańców, a które mogło być wg internautów poniemieckim schronem przeciwlotniczym (tylko komu/czemu miał służyć akurat w tym miejscu?). Pośrodku placu siedzi majestatycznie rudy kot i bacznie mi się przygląda.

Okolica budynku odstręczająca, wygląda jak klepisko, z jednej strony wiata śmietnikowa ze stosem resztek mebli, obok dziwnie zaaranżowana przestrzeń, która miała być najpewniej czymś w rodzaju stolika z ławkami. Drogę w chaszcze, którą przed chwilą przebyłem, otwiera tabliczka ostrzegająca o dzikach.

Kawerna Bielany broniona przez siatkę i dzika

Intensywnie myślę, czy znowu w tunelu czekają mnie jakieś niepokojące, nieoczekiwane przedmioty. Docieram do pobocza ulicy Mirowskiej i zaczynam szybki marsz w kierunku ogrodzenia dawnego kamieniołomu, w którego zbocze wgryza się kawerna. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast rozpadającej się siatki porzuconego składowiska zobaczyłem nowiutkie ogrodzenie i tabliczki informujące, że to teren miejskich wodociągów. Chciałem przyjrzeć się jeszcze ogrodzeniu od boku, gdy parę metrów przede mną usłyszałem w chaszczach jakieś gwałtowne poruszenie. Z początku pomyślałem, że to jakiś człowiek zamierza się na mnie rzucić, gdy nagle ujrzałem skaczącego pośród zarośli dzika, który kilkoma nagłymi susami znalazł się na szczycie zbocza i zniknął.

Postanowiłem oddalić się i wracać po rower. Robiło się już ciemno. Zajrzałem jeszcze na chwilę w gęstwinę dawnej strzelnicy. Przeznaczenie tego miejsca nie powinno być dla mnie nigdy żadną zagadką, jeśli tylko połączyłbym w głowie parę elementów. Mimo zmierzchu w gęstych zaroślach zauważyłem idealnie wykopany tor strzelecki, teraz zaś wygląda bardziej jak opuszczony tor pływacki. Docieram do „słynnego” betonowego zadaszenia (najbardziej niedorzecznego elementu tej przestrzeni), ktoś przy nim rozstawił masywne ławki i palił ognisko.

Postanowiłem nie zapuszczać się głębiej z uwagi na dziki, o których przez całą wcześniejszą wycieczkę ani przez chwilę nie pomyślałem, ignorując zupełnie zagrożenie z ich strony, obawiając się jedynie nieprzychylnie nastawionych ludzi. Gdy szukałem wyjścia z gęstwiny i planowałem szybki marsz Księcia Józefa po rower, spostrzegłem pod nogami małe kominki wentylacyjne. W sposób całkowicie niezamierzony stałem na dachu podziemnego pomieszczenia, które tak kiedyś rozpalało moją dziecięca wyobraźnię. Szybko udałem się po dziwnie długich schodach do niewielkiego kwadratowego pomieszczenia, w którym poza śmieciami właściwie nic nie było.

Udało mi się wrócić po rower, przymocowany do słupka z tabliczką szlaku twierdzy. Ci ludzie nadal siedzieli przy forcie, głośno się śmiejąc i rozmawiając. Brawurowo zjechałem Księcia Józefa jezdnią i z ulgą wdrapałem się na wał wiślany w miejscu peronu dawnej kolejki, kursującej koroną wału. Stąd już prosta droga do domu.

Cenzura map i amnezja przestrzenna

Po powrocie do domu długo rozmyślałem nad zaistniałą sytuacją. Czułem ogromną frustrację i niemoc związaną ze stanem resztek fortu i z niemożliwością ponownego skonfrontowania się z przestrzenią kawerny, z własną ciekawością, strachem, ograniczeniami. Wejście na teren wodociągów, nawet jeśli jest to jedynie pusty plac, w dobie szerokiego podejścia do ochrony infrastruktury krytycznej nie wchodziło w grę.

Moje zadanie, polegające na ponownym konfrontowaniu się z obiektami niewystarczająco odkrytymi, niewystarczająco przeżytymi a przede wszystkim nieudokumentowanymi na użytek innych – nie mogło zostać w pełni zrealizowane. To dla mnie gorzka nauczka. Zdjęcia na Google Street View z ubiegłego roku pokazują, że teren dawnego kamieniołomu był porzucony i wejście do kawerny było swobodne.

Podobną gorycz odczułem, gdy po latach odwlekania pragnąłem odwiedzić kute w skale tunele na terenie dawnego obozu w Płaszowie – niestety, gdy już byłem wystarczająco gotowy i zdeterminowany – wejścia zakratowano przy okazji rewitalizacji tego terenu. Podobnie było, gdy wyruszyłem na wycieczkę szlakiem reliktów kolei kocmyrzowskiej – pragnąc sfotografować domek przy Rondzie Czyżyńskim, obok którego miał znajdować się krzyż św. Andrzeja, zastałem tam dziurę w ziemi i blaszane ogrodzenie nowej inwestycji deweloperskiej. Takich sytuacji było znacznie więcej i na pewno poświęcę im osobne teksty.

Białe plamy na mapie i w myśleniu o przestrzeni

Przez noc studiowałem archiwalne plany i zdjęcia lotnicze. Teren całego założenia fortecznego jest poszatkowany domami i ogródkami działkowymi. Jako taką spójność prezentuje działka ze schronem i tradytorem, z zachowanym jeszcze rysem ziemnych obwałowań (świetnie widać je jeszcze na zdjęciach sprzed kilkunastu lat) oraz działka z blokiem koszar. Należy pamiętać, że oryginalny fort składał się jeszcze z wielu innych elementów, po których nie ma już najmniejszego śladu.

Dla osoby w terenie zależność między zachowanymi obiektami może okazać się całkowicie nieczytelna, a ich usytuowanie – niedorzeczne. Stąd też uważam, że spełniło się to, o czym pisałem wcześniej: fort jako pierwotny element krajobrazu stał się niedorzeczny i nieczytelny w swoim otoczeniu.

Przy okazji – czysto przypadkowo – zwróciłem uwagę na jeszcze dwie rzeczy. Dowiedziałem się, że ogródki działkowe sąsiadujące z wodociągami/kawerną to spadek po okupacji niemieckiej[1]. Ciekawym odkryciem był dla mnie fakt, że przy próbie analizy zdjęć lotniczych fortu z lat 70. i 80. napotykałem na dosłowną białą plamę, wycięty kawałek zdjęcia – fort musiał być w gestii wojska i najpewniej w taki sposób został ocenzurowany.

Jednak na kompletnych zdjęciach z tamtego okresu i tak widać niejako dwie rzeczywistości – bardziej na zachód czytelny system obwałowań między schronem a tradytorem z resztkami wieży, potem przestrzeń domów i działek, wirusowo zabudowujących oryginalne założenie forteczne, a obok dach bloku koszar z niezagospodarowaną przestrzenią przed nim, w kierunku serpentyny Księcia Józefa. Proces rozparcelowania i chaotycznej zabudowy przestrzeni fortu trwał już wtedy w najlepsze.

Tak oto fort Bielany/Krępak w istocie został rozproszony i zdany na łaskę losu. Pozbyliśmy się jedynego w całej twierdzy fortu prezentującego najbardziej zaawansowany jak na tamte czasy sposób myślenia o gospodarowaniu przestrzenią i relacjami między poszczególnymi elementami dzieła fortecznego w twierdzy Kraków.

Twierdzę niezdobytą przez żadną armię pokonuje nasza własna ignorancja.

Bądźcie uważni. Patrzcie, póki jest na co.


[1] https://niemieckikrakowblog.wordpress.com/2018/03/02/idea-utworzenia-kolonii-ogrodkow-dzialkowych-przy-miejskich-zakladach-wodociagow-w-krakowie-na-bielanach/ [dostęp: 5.07.2026].

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *