Geografia absurdu. Piknik w cieniu wielkiego pieca

Gdybym miał wskazać moment, w którym ostatecznie pękła moja definicja miejskiego performansu, wskazałbym ten jeden, konkretny kadr: sielankowy koc rozłożony precyzyjnie między rdzewiejącymi szynami, w samym sercu industrialnego piekła. Jeśli kiedykolwiek odważę się na własną „humanistykę somatyczną” w mieście, jej źródło będzie biło między innymi tam. Zanim jednak nastąpiło to, co będziemy wspominać przez lata, musieliśmy przebyć długą drogę przez tkankę miasta, które nieustannie przepisuje i nadpisuje samo siebie.

Audyt rowerowy

To był dla nas naprawdę intensywny dzień.

Przejechaliśmy wzdłuż niemal całe miasto, żeby szukać śladów przeszłości i obietnic przyszłości, to znaczy zinwentaryzować istniejące do dzisiaj w strukturze miasta, pozbawione pierwotnego kontekstu, relikty kocmyrzówki. Temat na osobny tekst, który wkrótce zostanie wydobyty z archiwum, ale ta mozolna praca w terenie była niezbędnym preludium do tego, co miało nadejść. 

Nasze poszukiwania zapędziły nas daleko na wschód miasta. Skorzystaliśmy z okazji, by z perspektywy siodełka przeanalizować postępy prac przy gigantycznych inwestycjach: węźle mistrzejowickim i nowym odcinku S7. Trudno było mi rozpoznać to miejsce – krajobraz, który utkwił mi w pamięci sprzed budowy, został brutalnie nadpisany przez nową infrastrukturę. Przy okazji miał tu miejsce pewien zabawny incydent, o czym wspomnę przy innej okazji.

Z pętli Wzgórza Krzesławickie, której remont również miał się wkrótce zacząć albo już wtedy trwał, pojechaliśmy na stację kolejową Kraków Lubocza, gdzie dywagowaliśmy o jej przyszłej roli w systemie kolei aglomeracyjnej. Na razie jednak panowała tu absolutna pustka.

Dopiero stamtąd, nasyceni widokiem miasta w budowie, postanowiliśmy udać się na pętlę tramwajową Walcownia. Adamowi zależało na konfrontacji z tym miejscem z uwagi na jego nietypowość na planie Krakowa.

W mieście, w którym panuje ciągły niedobór infrastruktury tramwajowej, średnio kilka razy w roku lokalna prasa karmi nas wizualizacjami linii będących w planach od kilkudziesięciu lat, mamy odcinek torów z paroma przystankami, po którym nic nie jeździ, i pętlę wyłączoną z użytku. Gdy inne dzielnice modlą się o możliwość jazdy „na przedniej platformie tramwaju”, tutaj torowisko zostało dosłownie porzucone i pozostawione same sobie. Dość paradoksalna sytuacja. Postanowiliśmy osobiście skonfrontować się z tym fenomenem.

Cmentarzysko torów

Przecisnąwszy się rowerami przez korki na Blokowej i Łowińskiego, spowodowane budową węzła, po czym znaleźliśmy się na Mrozowa (czy jak niektórzy chcą: Mrozowej).

To jedna z najdziwniejszych ulic w mieście, jakie widziałem. Pośród industrialnego piekła wpadamy na aleję obrośniętą rozłożystym starodrzewiem, z jednej strony flankowaną rozpadającymi się torami tramwajowymi z wiatami przystankowymi i słupami trakcyjnymi, z drugiej rurociągami i absurdalnie dużą, ciągnącą się w nieskończoność halą.

Zagadkowa jest także jej etymologia, o której rozbieżnie informacje można znaleźć w internecie: niektórzy kojarzą ją z bliżej nieznanym inżynierem kombinatu, jeszcze inni z mrozem. Faktycznie, w pobliżu znajduje się ulica Burzowa (parę kilometrów dalej, za kombinatem, również Deszczowa), co tworzyłoby ciekawy zaułek ulic o nazwach związanych ze zjawiskami pogodowymi, ale przecież, jak przytomnie podkreślają internauci, przymiotnik od mrozu to mroźny. Mamy zatem dziwacznie wyglądającą ulicę, która utraciła świadomość własnej tożsamości i własnego desygnatu – ciekawy kontrast dla ulic, które w swoich nazwach zachowały nieistniejący już desygnat (ul. Pod Forem i nieistniejący niestety fort reditowy 9 Krowodrza – odkrycie, o którym z Adamem już nieraz mieliśmy okazję mówić na konferencjach).

Jazda ulicą Mrozowa to jak przekroczenie granicy światów. Szpaler starych topól to architektoniczny żart socrealistycznych planistów. Ustawili je w karnym szeregu, jakby miały udawać aleję wjazdową do szlacheckiego dworu. Ale na końcu tej osi nie czeka żaden pałac, lecz rozpadająca się pętla. To dworski park dla suwnic i wielkich pieców, po którym nie jeżdżą karety, lecz tiry. Zresztą, widział ktokolwiek aleję prowadzącą do dworu, wysadzaną drzewami, której towarzyszyłoby torowisko tramwajowe?

Na końcu niedorzecznej alei czekała na nas nagroda – niedorzeczna pętla, cmentarzysko torów. Rozpadające się sygnalizatory, rdzewiejące słupy trakcyjne ze zwisającymi kablami. Adam przystępuje do dokumentacji, ja tymczasem chłonę ten przedziwny, zdegradowany, postapokaliptyczny krajobraz. Patrząc na rdzewiejące słupy i sygnalizatory, torowisko zachłannie zagarniane przez trawę i wszechobecne, przytłaczające zakłady przemysłowe, czuję się niemal jak na urbexie w Czarnobylu.

Kto by się spodziewał, że mamy przed sobą scenę, na której rozegra się zaraz pierwszorzędne widowisko, a my swoim przybyciem zakupiliśmy bilety w pierwszym rzędzie.

Błąd w Matrixie: piknik pod wielkim piecem

Stojąc przy samym wjeździe, spostrzegliśmy, jak dosłownie znikąd na pętle wmaszerowuje dwoje ludzi pchających dziecięcy wózek.  Zatrzymują się na środku trawiastego kółka opasanego martwymi szynami i jakby nigdy nic przystępują do piknikowania. Rozsiadają się na kocu, nie pamiętam, czy małe dziecko od początku maszerowało z nimi za rączkę, czy zaczęło biegać wokół koca z jedzeniem dopiero po wyjęciu z wózka, to nieistotne. Po jakimś czasie chyba zaczęli bawić się piłką, na co patrzyłem z pewnym rozrzewnieniem. Przyglądaliśmy się temu niecodziennemu zjawisku w milczeniu, nie wchodząc w żadne interakcje z niezapowiedzianymi przybyszami.

Wokół pohukiwały tiry, narzędzia i cała masa otaczającego nas żelastwa.

To nie był żaden artystyczny performans. Pośród przytłaczających zakładów przemysłowych toczyła się najzwyklejsza, sielankowa scena rodzinnego popołudnia.

Postanowiliśmy nie przerywać tego fenomenu i oddaliliśmy się na rowerach od tej niedorzecznej sceny równie niedorzeczną scenografią, jaką jest ulica Mrozowa. Podczas jazdy analizowaliśmy jeszcze stan torowiska i wiat przystankowych wzdłuż ulicy, by odjechać stamtąd już na dobre.  

Geografia absurdu

Pośród industrialnego piekła toczy się ta niewytłumaczalna dla mnie sielanka. Gdyby to był trawnik w środku Parku Jordana czy środek Błoń, nic by mnie nie dziwiło, ale ten zdegradowany, nietrakcyjny sztafaż absolutnie nie pasuje mi do popołudniowego pikniku.

Adam pokaże na swoich zajęciach, że wbrew pierwotnym założeniom badawczym, pętla jest nadal w użyciu, tylko na trochę innych zasadach, niż można by oczekiwać. Przyjechaliśmy tam badać cmentarzysko infrastruktury, a dostaliśmy lekcję o witalności miasta. Życie nie znosi próżni. Nawet w scenerii postapokaliptycznej niczym ze Stalkera, zwyczajność potrafi „zhakować” przestrzeń i nadać jej nowy, ludzki sens.

Mało brakowało, a Walcownia pozostałaby w moich notatkach jedynie jako klasyczny przykład nie-miejsca. Gdyby nie ten niepozorny epizod, nie miałbym w ogóle ochoty opisywać naszej wycieczki, nie byłoby w niej raczej nic nadzwyczajnego poza inwentaryzacją pewnej części miasta, która z naszego punktu widzenia była interesująca.

Do mojego słownika „piknik na pętli Walcownia” przejdzie jako określenie czegoś absolutnie niespodziewanego, absurdalnego, niedorzecznego, ale jednocześnie zmuszającego do refleksji. Jako przykład działania, które umyka prostym kategoryzacjom. Pojechaliśmy tam, żeby poczuć postapokaliptyczny krajobraz infrastruktury wyłączonej z użycia, a otrzymaliśmy obraz zwyczajnego życia tętniącego w najbardziej nieoczekiwanym miejscu. To oczywiście skłoniło nas wówczas do refleksji, co też przydarzy nam się kolejnym razem, w innym miejscu – nie jesteśmy w stanie przewidzieć. Z perspektywy archiwum mogę jednak zdradzić, że przytrafiło nam się kilka tego typu zdarzeń, choć nie aż tak widowiskowych.  

Poza tym, kto jest większym dziwakiem: odpoczywająca rodzina czy dwójka rowerzystów, która zjechała całe miasto wzdłuż, chcąc zobaczyć stertę rdzewiejących torów, a przypadkiem zobaczyła tych pierwszych i nie może się nadziwić?

Kot Modernista. Godło z kamienicy przy ul. Biskupiej 14 w Krakowie. Znak jakości marki Maciej Wcisło

Nota o ilustracji tytułowej:

„Tańczące dzieci w lesie” (godło kamienicy przy ul. Marcina Borelowskiego-Lelewela 5). Wizualizacja autorska (Maciej Wcisło). Zamieszczam ten modernistyczny symbol sielanki jako kontrapunkt dla industrialnej melancholii walcowni. To wizualny cytat z tradycji ilustrowania krakowskich legend godłami kamienic z książki Bronisława Heyduka – tutaj godło staje się komentarzem do niesamowitości pikniku w cieniu wielkiego pieca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *